niedziela, 28 grudnia 2014

KOLOROWY ZAWRÓT GŁOWY

Stasina ma kilka (ba, kilkadziesiąt nawet) cech, mocno go określających. Wymienić tu należy, głównie z powodu tematu dzisiejszej opowieści, kilka - a dokładnie trzy: 
1. Staś ma piękne blond włoski i niebieskie oczka. Włoski ma długawe i lekko kręcone.
2. Często, może zbyt często, używamy w stosunku do niego formy Stasina (jak i do Jasia – Jasina) -  ot, takie niewinne wyrażanie uczucia, a może – wg wyznawców psychologii - podświadoma chęć posiadania córki przez nas przemawia? Jeśli tak, to bardzo mocno podświadoma, uwierzcie mi, nigdy o córci specjalnie nie marzyliśmy.
No i ostatnia, kluczowa chyba: 3. Staś uwielbia wizyty w centrum handlowym, gdzie pasjami chodzi do toalety zielonej (w sensie: kolor drzwi), razem z mamą zresztą. Do pomarańczowej, przeznaczonej dla panów, dzielna poniekąd matka nie ma jakoś odwagi wejść. Choć pewnie będzie to kwestią niedalekiego już czasu….
Uzbroiwszy Was mili czytelnicy w tę cenną wiedzę, zapraszam na krótki spacerek. Z dzieckiem oczywiście.
Jestem dziewcynkom – mówi pewnego dnia Staś.
A ponieważ Staś mówi różne rzeczy, nie do końca prawdziwe, nikt nie zwraca na takie deklaracje specjalnej uwagi , ba – nikt ich nawet nie prostuje.
Jestem dziewcynkom i chodzę do zielonej – deklaruje dalej (w domyśle: toalety przeznaczonej dla pań, do której Stasina wchodzi z mamą z wiadomych powodów).
Pierwszy reaguje tata.
Nie jesteś Stasiu dziewczynką, jesteś małym panem – prostuje.
Staś nieruchomieje na chwilę, przetwarzając tę cenną informację w swojej małej – a jakże logicznej, okazuje się – łepetynce. Po przetworzeniu pyta niepewnie:
Mamuki jesteś dużym panem?
Mamuki jest dużą panią – mówi mamuki, czyli ja.
I chodzisz do pomarańczowej? – pyta dziecię coraz mniej pewnym tonem.
Nie, chodzę do zielonej, bo…  – próbuję to jakoś jeszcze tłumaczyć, ale problem kolorów i dopasowanych do nich płci o tej porze dnia zaczyna mnie, niestety, przerastać. Zacinam się więc w pół słowa…
Bo jesteś dużym panem… - pomaga mi wybrnąć Stasina.
A co tam, raz się żyje:
Bo jestem dużym panem – potwierdza matka leniwa i nieodpowiedzialna, przysparzając Stasiowy wyraźny powód do zadowolenia.
Wiedziałem – mruczy pod nosem zadowolony.
W tych scenach domowych nie ma jeszcze nic specjalnie złego, nieco gorzej, gdy wychodzą na tzw. „zewnątrz”.
Jedziemy np. windą w towarzystwie miłych, starszych sąsiadów. Towarzyski Staś nie przepuszcza przy tym okazji, by zagaić i zacieśnić więzy z licznymi domownikami naszej posesji.
Byłam dzisiaj w psedskolku – mówi z pewną dumą, zwracając się bezpośrednio do miłej pani.
Ponieważ wyjścia do przedszkola są nadal dla niego pewnym przeżyciem, bardzo jest dumny z faktu wyjścia, dojścia i pozostania w tym miłym przybytku. Wraca do tego wątku do późnych godzin wieczornych.
O – cieszy się miła sąsiadka – byłaś w przedszkolu. No to pięknie. A jak ty masz na imię?
Stasina – odpowiada zgodnie z prawdą Stasina.
Stasia… - zgaduje miła sąsiadka.
Nie, Staś – odpowiadam z uśmiechem, gramoląc się ze źródłem nieporozumień przez wąskie drzwiczki windy. A że źródło jest źródłem prędkim i wartkim, nie zdążę wytłumaczyć niuansów stasiowego rodzaju, bo ten już radośnie dociska drzwi z drugiej strony machając zagubionym staruszkom pulchną łapką.
Staś jest – mimo wszystko – chłopcem dość charakternym,  nie ustępującym zbyt łatwo ze swego stanowiska życiowego. Kiedy więc dochodzimy do osiedlowej huśtawki, którą właśnie chce zająć jakaś starsza o kilka ładnych lat dziewczynka, rzuca się w rozpaczliwym pędzie z połowy trawnika z głośnym: Teras jaaaa, teras jaaaa będę się huśtała…
Krzyk jest na tyle skuteczny, że dziewczynka nieruchomieje na dłuższą chwilę, co sprytnie wykorzystuje Stach i gramoli się na siedzisko zabawki.
Zapnij – rzuca do zdziwionej jeszcze dziewczynki, wskazując na zabezpieczający łańcuszek.
Patrzy na nią z wyrzutem, kiedy ta nie reaguje:
Tylko jedno słowo: po-pro-se – mówi przymilnie.
Dziewczynka zapina łańcuch.
Ładnie poprosiłaś – komplementuje jeszcze sprytnego szachraja.
Bo jestem małym, miłym panem – odpowiada ten, zgodnie z wygodną dla siebie prawdą.
Tak więc, kiedy niewysportowana matka dociera do huśtawki, Stasina gotowy jest już do radosnych harców.
Poradziłam sobie – mówi radośnie.
Poradziłem – poprawia matka.
Nie, ty sobie nie poradziłeś – poprawia z kolei on. Co prawda, to prawda, niestety.
Dziewczynka zaś stoi z boku mocno zdezorientowana chyba – wnoszę po częstym mruganiu i rozszerzonych źrenicach, co podobno wyraża zdumienie.
Udając się w stronę pieleszy domowych, wchodzimy do pobliskiego warzywnika.
Stasina odczuwa nagle nieodpartą chęć głębszych zwierzeń i szepcze konspiracyjnym głosikiem do ekspedientki:
Jestem małą panią i chodzę do zielonej.
Ekspedientka nie dziwi się specjalnie, być może nie takich zwierzeń już w tym miejscu słuchała, bo odpowiada z pełnym zrozumieniem:
Nic dziwnego, takie małe blondyneczki chodzą tylko do zielonej – mruga przy tym porozumiewawczo do matki.
Matka prostuje, ze Staś nie jest dziewczynką, tylko przez to chodzenie do zielonej ubikacji z mamą w centrum handlowym dostaje lekkiego rozdwojenia jaźni co do swojej płci, co zapewne jest winą tchórzliwej matki, która nie może się przełamać, by wchodzić z synem do pomarańczowej jednak.
Nie jest dziewczynką – rozczarowuje się pani – a takie ma włoski ładne kręcone. I oczka niebieskie.
Nie jest dziewczynką, jest małą panią. I chodzi do zielonej – upiera się Staś.
Matce ręce opadły, co było tym łatwiejsze, że obwieszone były siatami i powlokła się za małą, podskakującą  panią w stronę domu. No obłęd jakiś zupełny z tymi kolorami, pomarańczowo-zielony obłęd.
Tak oto docieramy do bloku.
Jestem pierwsza, jestem pierwsza – woła ta/ten, stojąc przy drzwiach wejściowych.
Kiedy będziesz wchodziła po schodach, trzymaj się poręczy – mówi matka, gryząc się w język o sekundę za późno.
Będem się tsymała – sapie radośnie Stasinek.
Wjeżdżając na górę, matka dochodzi do wniosku, że trzeba będzie obciąć dziecinie włoski na jakiś męski krój  i zacząć wchodzić z nim jednak do tej diabelnej pomarańczowej.
Wszak dobro dziecko ponad wszystko… ;)

Cz to pan, czy to pani...?

wtorek, 23 grudnia 2014

OPOWIEŚĆ WIGILIJNA

Siedzimy sobie ze Stasiną przy stole kuchennym. To znaczy Stasina siedzi, a matka stoi, przyrządzając sałatkę okołoświąteczną. Stasiu z zacięciem liczy marchewki, dziwiąc się za każdym razem , że kiedy przekroi się tę już policzoną, to nie jest jedna, tylko dwie, w związku z czym ma powód, żeby liczyć od nowa. 
Mamuki, som świenta – stwierdza z zadowoleniem.
I nie idę jutro do psedskola – to jutro oznacza dziś, Stasiek myli się jeszcze w meandrach czasu.
Nie idziesz Stasiu. Ani jutro, ani jutro – matka próbuję podążyć za stasiowym wyobrażeniem czasu.
Ani pojutse – mówi Staś, który chyba jednak o czasie wie już trochę więcej, niż się matce wydawało.
Bo som świenta – dodaje.
Mamuki, co to są świenta?
To takie wolne dni – mówi matka, ale zaraz się reflektuje, że spłyca baaardzo istotę owych wolnych dni i rozbudowuje wypowiedź.
Na pamiątkę narodzin Jezuska, małego chłopczyka, który stał się Bogiem – konstruuję na prędce teologię dla trzylatka, siłując się jednocześnie z puszką groszku.
Małego jak grosek? – Staś jednak wykazuje zainteresowanie w temacie pogłębienia teologii.
Jak groszek Stasiu, pokażę ci – porzuca matka pitraszenie i udaje się po album bożonarodzeniowy z ilustracjami świątecznymi.
Tu jest Jezusek, widzisz? – pokazuję małego chłopca na sianie. Staś przygląda się z uwagą.
Fajny – mówi po chwili namysłu.
I jest golaskiem – zauważa sprytnie.
Golaskiem, urodził się w stajence, na sianku – wędrujemy w towarzystwie sałatki do Betlejem.
U babci Janieli? – lokalizuje stajenkę bezbłędnie Stasina.
Prawie u babci Anieli, też w takiej małej wiosce – potwierdza matka.
Otwierają się drzwi  wejściowe i do kuchni wsuwa się zielony czubek choinki, za nim zdyszany Jasina z tatą. Zdyszanym nie mniej.
Nie działa winda – dyszy Jaś – szli-szliśmy na pieszo.
Dobrze, że był Jasiek, bo sam nie dałbym rady wnieść – mówi tata, ku widocznej radości syna. Nie jest to komplement w żadnej mierze na wyrost, bo musisz wiedzieć, miły czytelniku, że mieszkamy na 8 piętrze, parteru nie licząc.
Ale ładna, ale ładna  - wykrzykuje Stasinek, obejmując czule kolczaste drzewko.
Mmm, pachnie jak Jezusek – stwierdza ni z gruszki, ni z pietruszki, ale że to miłe stwierdzenie, wszyscy się rozmarzamy.
A tata z Jaśkiem szli z daleka, daleka z choinką jak Trzej Królowie – rozmarza się matka w tej estetyce wyobrażeń dziecięcych.
Dwaj, dwaj króli – poprawia ją szybko Staś-księgowy. No co zrobić, Święta-nie Święta, liczyć trzeba.
Bo trzeci został w domu i robi z mamą sałatkę – ratuje sytuacje matka-słabo-licząca.
No, licy malchewki.
Chodź, teraz policzymy bombki – mówi tata i zabiera chłopców do pokoju.
Matka zostaje z sałatką.
A później z dekorowaniem pierników – tu już wspólnie z chłopcami. Staś szybko się nudzi i zaczyna dekorować plecy mamy, podrygując radośnie.
Święta są fajne  – mówi Jaś znad tubki z lukrem.
Som fajne – zgadza się Staś z bratem jak nigdy, dekorując z zacięciem jasinowe ramię tym razem.
Jest choinka, i glosek, i Jezus. I mama i tata i Jasina – układa w jakąś całość zasłyszane niedawno informacje.
I nie tseba jutro iść do psedskola.
I pojutrze też nie – dodaje tata.
No, taki prezent pod choinkę – wpisuje się szybko w tematykę świąteczną Jasiek.
Jak smaltfon? - dopytuje Stasiek, dziecko przedświątecznej reklamy komercyjnej.
Lepszy Stasiu, tysiąc razy lepszy...;)

Radosnych Świąt też dla Was Kochani  :)

                                                

piątek, 19 grudnia 2014

MIEJSKIE GRY TERENOWE

Dziś o miejskich grach terenowych zarezerwowanych w szczególności dla matek z dziećmi, choć nie tylko. Gra, nad którą dziś się pochylę składa się z 4 poziomów. Przejście między poziomami nie jest uzależnione od zwycięstwa w kolejnych etapach, awansuje się niejako z automatu – jeśli wszedłeś i jesteś w miarę konsekwentny, dojdziesz do celu, choć i to nie gwarantuje sukcesu. Jak to w życiu, chciałoby się powiedzieć…
Siadamy, gramy, zaczynamy.
Zanim pojawi się przycisk z napisem play przed oczami przesunie się nam słowo wstępu:
z barku laku wychodzimy czasem z chłopakami na tzw. podwórko przed blokiem.  Podwórko jak to podwórko – kawał trawnika a na nim jak wyspa wśród zielonych fal plac zabaw z trzema huśtawkami na krzyż,  na które dostanie się graniczy z cudem boskim. Podejrzewam, że niedługo zawiąże się komitet społeczny matek-aktywistek i będą obowiązywać zapisy – czas pokarze.
No cóż poradzić – jest jak jest, oby gorzej nie było, jak mawia babcia Krystyna.
Kiedy już więc z zupełnego braku laku wychodzimy na to nieszczęsne podwórko, udajemy się na plac zabaw. Ale zanim dotrzemy na ten skrawek ziemi obiecanej, owej zielonej wyspy dobrobytu wszelakiego i radości nieustającej, przebrnąć musimy przez trawnik. A nie jest to wcale łatwe. Powiem więcej – jest to nieomal sport wyczynowy….
Tu pojawia się przycisk play, naciskamy w nadziei przejścia kolejnych plansz i dotarcia do raju dziecięcego - oto level 1.
Idzie więc Stasina naiwny, przez życie niedoświadczony w stronę obiecanych luksusów rozrywki dziecięcej na miarę naszych potrzeb, ale już po dwóch krokach nieruchomieje, gdyż w jego kierunku toczy się z oddali biała kula, nabierając niebezpiecznego przyspieszenia. Biała kula charczy radośnie, powiewa uszami i majta ogonem, więc najpewniej się cieszy na widok Stasia. Staś wręcz przeciwnie. W histerycznym pędzie rzuca się na matkę, wrzeszcząc: Latunku….!!!!
Matka chwyta Stasia na ręce na sekundę przed zetknięciem twarzą w pysk z białą kulą niebotycznych rozmiarów, która w rozpędzie radosnym, pozbawiona Stasia na horyzoncie, skacze na matkę, dekorując jej jasny płaszczyk fantastycznym deseniem w psie łapki.
Niech się pani nie boi, niech się pani nie boi – dyszy leciwy głosik z oddali – Misia kocha dzieci.
Radosna staruszka truchta wesoło z oddali machając smyczą.
Misia, misia nie strasz dziecka – po dłuższej chwili dociera do nas głos zza światów chyba.
Chciałoby się rzec, za późno, ale milczymy, atakowani radośnie przez lubiącą dzieci Misię. Całe szczęście starsza pani, właścicielka Misi jak się domyślam, dogoniła wreszcie radosnego pieska, bo Misia w swym miłosnym tańcu wybrudziła mnie całą i już przymierzała się do wybrudzenia Jaśka, który skamieniał pod wrażeniem psich amorów.
Niech pani się nie boi – ledwo dyszy babcina – Misia.. cho-cho-chowała się z dziećmi.
Jednak moje dzieci nie chowały się z Misią – odpowiada matka ostrożnie, myśląc, czy aby pani w odwecie nie poszczuje jej Misią.
Ale nie - pani obraża się jedynie, zabiera Misię, rzucając na odchodne, że widocznie dziecko nie zna zwierząt i dlatego się boi.  Pod złym blaskiem oczu pani postać matki na trawniku zaczyna migotać  – a to znaczy, że straciła ona właśnie jedno z trzech żyć.
Ale że ma jeszcze dwa w torebce nie przejmuje się tym wcale i przedziera się z dziecinami dalej. Nie przez takiego przeszkody w życiu matka bowiem przechodziła i żyje.
Level 2 przed nami.
Teraz slalom wśród psich kup. Jasiek to już – ho, ho – wyższa szkoła jazdy, ale Stasina nieporadny zawsze jakieś skarby pod butem do domu przytaszczy, hojnie matkę obdarowując mało pachnącą robótką po każdym nieomal spotkaniu z tym nieszczęsnym skrawkiem zieleni osiedlowej.
Po drodze mijamy wielkiego buldoga, który w mało fantazyjnej pozie robi – wiadomo co - i nie jest to na pewno dobre wrażenie. Właściciel buldoga – nie wyprze się, bo podobny kropka w kropkę do swego pupila – stoi obok, udając że właścicielem absolutnie nie jest, a smycz wpadała mu do ręki dosłownie przed chwilą przez przypadek. Ot, wiatr przywiał i tyle.
Kiedy już psina zrobiła, co zrobiła – konspiracyjnie opuszczają miejsce zbrodni, choć psina wcale nie chce i radośnie obwąchuje - wiadomo co. Zgodnie z regułami gry matka – w celu zdobycia dodatkowych punktów i energii na dalszą podróż – zwraca panu uwagę, ze jednak należałoby sprzątnąć, wiadomo co. Pan posyła matce tak bogatą wiązankę słowną, nie przejmując się zupełnie stojącymi obok dziećmi, że matka pod jej ciężarem migocze ponownie… Trudno, kolejne życie drapał pies, ale za to 100 punktów zdobytych i można iść dalej.
Okrakiem przechodzimy więc nad nowym mieszkańcem trawnika, na szczęście Stasina dał radę. Już prawie witamy się z gąską w postaci furtki na plac zabawach prowadzącej, a tu masz – jakieś dwa puchate stworzenia ujadają, goniąc się w obłędnym pędzie i to dokładnie między naszymi nogami.
Bo oto level 3 przed nami.
Stasiek w płacz, Jasiek w krzyk, matka w postaci nogawek, cala w błocie.
Rozglądam się nieco bezradnie – a są, są i pańcie. Rozparte na ścieżce rowerowej perorują, aż para bucha. Reagują jednak wreszcie na nasze wezwania o pomoc, acz z pewnym oburzeniem. Zabierają Pysię i Niusię (jak się okazuje), tłumacząc, że dziewczynki bardzo się lubią i zawsze bawią się razem na spacerkach, dokazując przy tym - zupełnie jak dzieci.
Dziewczynki to nie Jaś i Staś, o nie, to Pysia i Niusia we własnej, czworonożnej postaci. I oczywiście kochają dzieci, za dzieci dadzą się pokroić…
Pokroić, hmmm, diabelska myśl wpada matce do głowy, ale nie zdobyła nieszczęsna jeszcze takiego bonusa w tej grze i raczej się nie zanosi, niestety…. Przynajmniej nie na tym poziomie. Brak wspomnianej funkcji skutkuje groźnym warczeniem Pysi i Niusi na matkę, dziećmi przyklejonymi do nóg matczynych, obrazą pań, startą 100 punktów  i kolejnym migotaniem matki.
Ale dalej, bo oto kolejny, 4 już level przed nami i oto docieramy do bazy.
Wchodzimy na plac zabaw, a za nami radosny Pimpuś, który wykorzystał sprytnie moment otworzenia furtki. Za Pimpusiem pańcia. Nie muszĘ chyba dodawać, ze Pimpuś kocha dzieci i się z nimi chował (cokolwiek to znaczy). Pimpuś, oszalały ze szczęści, siusia na ślizgawkę i tarza się w piaskownicy.
Znaczy teren – mówi do matki pańcia z tajemniczym uśmiechem na twarzy.
Mądry taki – dodaje, gdyby jeszcze na to mało bystra matka nie wpadła.
Dzieci stoją jak skamieniałe, matka już nawet nie broni się przed skokami pimpusiowymi na resztki czystego płaszczyka, Pimpuś szaleje, pańcia się cieszy. Matką migocze, by po chwili zniknąć z ekranu. Chłopcy stoją zdezorientowani. Game over…;).


 

niedziela, 14 grudnia 2014

GOŚĆ W DOM - CZYLI RZECZ O IGNASIU

Ignaś ma duże niebieskie oczy i białe, kręcone włoski. Całość stanowi zestawienie przeurocze, tym bardziej, że włoski są dość długie, do ramion, a oczy okrągłe jak piłeczki pingpongowe, co daje efekt ciągłego ignasiowego zadziwienia światem.
Ignaś jest kolegą Jasia z drużyny piłkarskiej. Ignaś jest ogólnie rzecz biorąc bardzo miłym i  zabawnym dzieckiem, toteż Jaś – dusza towarzystwa – zaprasza go często do domu. Chłopcy są na tyle duzi, że matka zamyka ich w pokoju niewielkim, wypełnionym głownie łóżkiem piętrowym, gdzie zajmują się swoimi sprawami. A przynajmniej powinni.
Ignaś stawia się w naszych progach bardzo punktualnie, wyposażony przez rodziców w karton soku, paczkę chipsów, torebkę żelków i 3 batoniki. Tak więc zapowiada się bardzo miłe popołudnie.
Chłopcy szybko giną za drzwiami małego pokoju i matka myśli, że odetchnie przynajmniej od starszego potomka na jakiś czas. Jakiś czas okazuje się jednak pojęciem szalenie względnym, a przy tym boleśnie krótkim.  Już po krótkiej chwili słychać bowiem z pokoju jakieś szepty, drzwi otwierają się i na horyzoncie pojawia się Jaś.
Mamo, dasz nam 10 złotych? – pyta znienacka.
Nienacko zaskakuje matkę dość mocno.
Po co wam 10 złotych? – dopytuję.
Na frytki z McDonalda – odpowiada Jaś bez mrugnięcia okiem, co jest dziwne o tyle, że nigdy o frytki nie prosi, a tym bardziej z McDonalda.
Nie dam wam 10 złotych – mówi szczera boleśnie matka, która zwykle o tej porze miesiąca takiej ilości gotówki w portfelu nie posiada.
Jaś przyjmuje wyrok bez sprzeciwu i już kieruje się w stronę pokoju, gdy niewidzialna ręka wysuwa się zza ściany i powstrzymuje go w pół korku.
No to pięć… - syczy tajemniczy głos zza ściany.
Jaś podejmuje wątek, odwraca się w moją stronę i niczym echo powtarza:
No to pięć, daj chociaż pięć – mówi bez przekonania.
Po co wam pięć złotych? – chce jednak wiedzieć ciekawska matka.
Na jedne frytki – syczy głos z pokoju jasiowego.
Na jedne frytki – powtarza ugodowy jak nigdy Jaś.
Nie dam, nie mam – odpowiada zgodnie z prawdą matka, a Jaś z uczuciem ulgi wraca do pokoju, z którego żadna tajemnicza ręka już się nie wysuwa. Do czasu.
Po pięciu minutach Jaś pojawia się znów z rezygnacją w oczach.
Mamo czy mogę dać grę z koparką Ignacowi? – pyta z niepokojem w głosie.
Ten niepokój to o to, że jeszcze się zgodzę. Bo trzeba wam wiedzieć, że za grę z koparką Jaś dałby się pokroić i posklejać z powrotem.
Nie kochanie, grajcie w grę teraz, później będzie mamie potrzebna – kłamie matka jak z nut dla dobra dziecka starszego.
Jaś i jego ulga znikają w pokoju, by wracać jeszcze kilkakrotnie z zestawem coraz to nowych żądań. Ze względu na słaby układ nerwowy, wymienię wśród nich jedynie: pożyczenie Ignacowi korków,
2 koszulek piłkarskich oraz obdarowania drogiego nam gościa piórnikiem z logo Barcelony, plecakiem z Messim i biografią książkową tegoż. Za każdym razem matka nieczuła nie wyrażała jednak zgody na te szemrane transakcje.
Co ciekawe, za każdym też razem Ignac nie pojawił się ani razu przed obliczem matczynym, ustalając warunki tych targów tylko za pośrednictwem Jasiny, coraz bardziej wystraszonego zresztą śmiałością nie do końca swych żądań.
W odruchu rozpaczy ostatecznej matka prosi męża, który właśnie pojawił się na progu domu, by zabrał chłopców nienasyconych do McDonalda i zaspokoił ich wzrastające żądze, chociażby te natury gastronomicznej.
A jakże, mąż zabrał, kupił i przywiózł szybciutko z powrotem, wyposażanych w zestawy niezdrowego pożywienia, zostawiając w pokoju jasinym, do którego matka bała się już wejść, bo  nuż obrotny Ignac zażąda złota rodowego i pościeli posagowej matki, pokręci przy tym białym łebkiem i załypie niebieskim okiem – i jeszcze się matka złamie…?
Jaś wychodził jeszcze kilkakrotnie prosząc o pieniądze na drugi mcdonaldowy zestaw, o nową butelkę coli, jeszcze raz o pieniądze na nowy zestaw, albo chociaż na frytki. Za wszelką też cenę chciał pożyczyć nowe halówki Ignacemu.
Podejrzewam, że Ignacy nic o tych machlojach jasinych nie wiedział, bo wynurzył się z czeluści pokoju raz tylko, na siusiu. Przemknął na paluszkach, wzrok wbijając w podłogę, wyszeptał dźwięcznym głosikiem: Dzień dobry pani – i tyle go matka widziała.
Szczęśliwie pobyt roszczeniowego gościa dobiegł jednak końca, miły tata Ignasia czekał już w przedpokoju, Ignaś zaś grzecznym głosem powiedział: Zaczekaj tatusiu – i powrócił do pokoju jasiowego, z którego wyniósł karton po soku, opakowanie z 2 żelkami na dnie, paczkę po chipsach z licznymi okruchami oraz pół batonika nagryzionego przez Stasia. Cały ten cenny dobytek spakował do czeluści swojej reklamówki, ubrał się szybciutko, przemknął przez drzwi wyjściowe – i tyle go widzieli.
Chociaż zwrot "i tyle” nabiera przy Ignasiu nowego znaczenia, gdyż po 2 minutach był już dzielny negocjator z powrotem, co prawda nie we własnej osobie, która została za drzwiami na wycieraczce, a w osobie swojego miłego taty, który wyszeptał skruszonym głosem:
Przepraszam panią bardzo, ale Ignaś zostawił keczup ze swego zestawu, a chciałby go zabrać do domu.
No cóż było robić, dała matka mikroskopijne opakowanie keczupu (dobrze, że w roztrzepaniu ogólnym nie wyrzuciła go wcześniej do kosza!), pożegnała się miło z miłym tatą miłego Ignasia, po czym opadła na łóżko razem z wycieńczonym gościną Jasieńkiem...;)

wtorek, 9 grudnia 2014

RĘKAWICZKA


W tym roku Mikołaj okazał się – jak to Mikołaj – bardzo praktycznym świętym, przy tym mocno powtarzalnym i przyniósł mi parę pięknych rękawiczek. Zupełnie jak przed rokiem.
Nie, nie, nie narzekam absolutnie – cieszę się baaardzo, że pamiętał o tak wyrośniętym dziecku , a i mnie przy okazji o czymś przypomniał. O rękawiczkach, mianowicie. Czy raczej - rękawiczce.
A było tak...
Przed rokiem Staś był tym samym Stasiem co dziś tyle, że nieco mniejszym, bardzo pucułowatym i – aż trudno uwierzyć – niemówiącym w ogóle dziecięciem, porozumiewającym się ze światem za pośrednictwem uroczych dźwięków, trudnych do powtórzenia.
Ten oto uroczy Staś poza tym, że nie mówił, miał inną cechę silną, która minęła równie szybko i niespodziewanie, jak jego milczenie – mianowicie Staś uwielbiał porządek. Staś porządkował, zbierał, podnosił, segregował i wyrzucał napotkane na swej drodze życiowej śmietki do kosza z pasją godną szalonego naukowca.
Niech no tylko jakiś papierek, jakiś okruch wpadł w łapki stasiowe – nie było wybacz – zaraz go Staś zanosił do kuchni i bezbłędnie trafiał nim w czeluść kubła na śmieci.
Nie powiem, nie powiem – ta cecha stasiowa napawała nas od początku dumą i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wychowawczego. Szczególnie matka dumną była, bo matka ład uwielbia i hołubi, ganiając swoich panów do porządków wszelakich bezwzględnie i wytrwale.
W tym jakże miłym poczuciu spełnionego obowiązku i zasad wpojonych za młodu usiadła więc matka przy stole kuchennym z babcią Anielą pewnego grudniowego popołudnia roku poprzedniego  i popijając herbatkę obserwowały krzątającego się Stasia. A Staś tego dnia krzątał się jak mało kto - chyba w szale przedświątecznych porządków – i co rusz wyrzucał jakieś szpargały do kosza, wydając przy tym posępne i pełne nagany westchnięcia .
Ależ on porządny – śmiała się babcia Aniela, ku wyraźnemu zadowoleniu matki.
Pedancik, zupełnie jak nie-chłopak – łechtała babcia - chów przed emancypacyjny, próżność matczyną.
Będzie miała żona pociechę – włączała się matka łagodząc wypowiedź babciną trochę  w nurcie feministycznym, łudząc się, że przyszła żona stasiowa doceni za lat kilkadziesiąt jej wkład matczyny w jakość przyszłego pożycia.
Staś, niby nie słuchając, niby nie zauważając, począł oddawać się czynnością porządkującym z jeszcze większym poświeceniem, układając zabawki w tematyczne kupki i wyrzucając te, które wydawały mu się popsute, brzydkie, nieparzyste, bądź – z bliżej niesprecyzowanych powodów – należące do podzbioru śmieci, pomrukując przy tym radośnie. Kobiety obecne w domu w tej męskiej działalności nie przeszkadzały mu w ogóle, ba, wspierały go jak mogły i dopingowały głośno.
Staś, nie taki znowu głupiutki, w szale porządków dopadł moją fantastyczną, skórzaną rękawiczkę, nówkę-nieśmiganą, prezent od tegorocznego, świeżutkiego Mikołaja, porzuconą bezmyślnie przez matkę byle - gdzie, czyli akurat na krześle. Oglądał ją chwilę w skupieniu i po rzeczowej analizie stwierdzającej, że rękawiczka występuje w liczbie sztuk jeden, a nie przepisowych dwóch chwycił ją ochoczo i pognał z ww.
w okolice kosza, ciskając ją radośnie w jego czeluści.
A jakże się matka z babką rozrzewniły, jak chwaliły i całowały małe pracowite rączki. Szczęśliwi przy tym byli wszyscy po uszy. I do czasu.
Bo co prawda babcia zaraz chciała wyciągać rękawiczkę z kosza, ale gdzie tam!
Niech mama zostawi, wyjmę za chwilę – mówiła miła nad wyraz matka, w myśl zasady: chwilo-trwaj.
Chwila rzeczywiście trwała, a kiedy już minęła, wciąż miła matka pogrążyła się jednak niestety w interesującej rozmowie z babcią, a jeszcze chwilę później, wiadomo, pranie, zmywanie, gotowanie….
I tak dzień gonił noc, noc wypędzała dzień i oto znów nastało grudniowe popołudnie 24 godziny później i oto znów siedziałyśmy przy stole kuchennym, tym razem z babcią Krystyną, i znów małe łapki  wprowadzały porządki domowe, najpewniej w myśl zasady – teraz tak myślę – parzyste na bok, nie parzyste do kosza.
I znów biegła wdzięczna Stasina z piękną, skórzaną rękawiczką nówką-nieśmiganą, tegorocznym prezentem od Mikołaja (którą roztrzepana matka rozdzieliła wczoraj z siostrą, pozostawiając na szafce) i radośnie celowała nieszczęsną w stronę kosza.
W tej oto chwili matce uśmiech rozrzewnienia zamarł na ustach, rozmemłany umysł przeszedł nagle w stan stężenia i z poczuciem deja vu, sklerozą postępującą i krótkim – Nie…! – na ustach rzuciła się w stronę zdezorientowanej Stasiny. Za późno jednak…
Rękawiczka skórzana, piękna nówka-nieśmigana, prezent od tegorocznego Mikołaja co prawda ocalała, ale ta wczorajsza odjechała radośnie w okolicach piątej nad ranem dużą śmieciarką na miejscowe wysypisko, wyniesiona własnoręcznie przez matkę w worku na śmieci do osiedlowego kontenera wieczorem dnia poprzedniego.
I tak oto matka została z jedną rękawiczką nową, skórzaną, nówką-nieśmiganą, prezentem od tegorocznego Mikołaja, zadając poniekąd kłam Stasiowej zasadzie, że co ma być parzyste to parzyste, a jak nie - to do kosza.
Tegoroczny prezent mikołajowy zawiesi sobie nauczona doświadczeniem matka chyba na sznurku i włoży w rękawy kurtki, bo Stasina co prawda nie sprząta już z takim zawzięciem (szczerze mówiąc w ogóle nie sprząta), ale za to odkrył zrzucanie przedmiotów z balkonu.
Szczególnie tych podwójnie w naturze występujących ;).

                                                                                         Źródło:partybudzik.pl

środa, 3 grudnia 2014

MATKA-OMNIBUS

Mamuki co to jest wentylator? – pyta nagle Staś.
To taki wiatraczek – odpowiadam dumna z siebie, że przygotowana jestem na każdą ewentualność.
Wiatraczek? – upewnia się niedowiarek Staś.
I wieje i buczy? – doprecyzowuje.
Wieje, Stasiu, czasem nawet buczy – rozwiewam stasiowe wątpliwości.
Mama, co to jest robocik? – pyta Staś dalej w wątku technicznym.
To taka maszyna – mówię jak z nut.
I chodzi i mówi? – Staś jak zwykle ciekaw jest szczegółów.
Chodzi, czasem nawet mówi – potwierdzam bez cienia wątpliwości.
Mamo, czy Pepe wrócił do Barcelony? – kolejny zestaw pytań wylosowany tym razem przez Jasia trafia do uszu matczynych.
Wrócił – bo wydaje mi się, że wrócił, w każdym razie – jak to ja – gram va bank.
Ciekawe, ile za niego zapłacili… - zastanawia się mój następca Pelego, świadom tak istotnego w sporcie wątku finansowego – Nie wiesz?
No ba, ja bym nie wiedziała? Wszak matka wie wszystko!
Na pewno dużo – mówię z przekonaniem. Jaś spogląda na mnie z aprobatą.
No, na pewno – zgadza się Junior z matką z przejęciem.
Mamuki, co to jest winda? – pyta Staś, który postanowił zostać dziś małym technikiem
To taki samochód? – podpowiada.
Tak – zgadzam się – to taki samochód, który jeździ pionowo.
Pionowo? – dziwi się Staś, który chyba jeszcze nie wie, co to pionowo.
Do góry – poprawiam się szybko.
I na dół – upewnia się Staś, że nadal mówimy o tym samym.
I na dół – zgadzam się, ku ogromnemu szczęściu mojego młodszego synka.
Mama, Szwajcaria leży na półwyspie? – zagaja Jaś.
Ooooo, geografia, skup się matko, skup.
Szwecja-Szwajcaria, Austria-Australia, prawo-lewo, wschód-zachód – pięta achillesowa każdej szanującej się kobiety. Skupiam się na tzw. maxa, jak mawia ostatnio Jaś.
Nie, na półwyspie leży Szwecja – mówię stanowczo, nerwowo oczekując reakcji Jasia.
Szwajcaria leży na południe od Polski – precyzuję jeszcze, znowu nieco ryzykując.
To dobrze – cieszy się Jaś. – Bo będziemy grali w Szwajcarii ze Szwajcarzami.
No, to lepiej, że nie na półwyspie. Nasi mieliby trudniej – podążam na oślep nieco za logiką jasiną, którą przecież znam jak nikt.
Trudniej, mamusiu, właśnie trudniej – cieszy się Jasio z naszej wspólnoty myślowej.
Mamuki, co to jest pigwa? – pyta Staś, tym razem zgłębiając – nie wiedzieć zupełnie czemu – branżę ogrodniczą.
To taki owoc - odpowidam, nie dziwiąc się nawet specjalnie, że Staś wie o jego istnieniu.
I ma małe pestki? – pyta mój mały botanik.
Ma małe pestki – mówię tonem znawcy pigwy, choć wcale nie jestem pewna tych pestek. Jak i całej reszty. Va bank.
A co to jest pajencyna? – Stasina zgłębia konsekwentnie temat przyrodniczy.
Nić przędna pająków – mówi dumna matka, która opanowała tę cenną informację po fazie wspólnego szaleństwa chłopców w temacie pszczółki Mai, ciesząc się w duchu jak głupia zupełnie.
Mamuki, która godzina? – Staś znienacka zmienia temat.
Stasina często pyta o godzinę , zupełnie jakby się z kimś umawiał, albo miał jakieś spotkania biznesowe.
Piąta – mówi matka.
I jest dzień? – drąży Stasio szerokie pojęcie czasu. Nic dziwnego, o tej porze roku dnia w zasadzie nie ma, więc dziecko widocznie zapomniało jak dzień wygląda.
Jest dzień, chociaż już wieczór – mówi zagadkowo matka, zgłębiając po niekąd filozoficznie tajemnice jesieni.
Dzień i wieczór… - popada w krótką zadumę Staś, co Jaś wykorzystuje natychmiast.
A jutro jest mecz? – podtrzymuje w pewien sposób temat czasu Jaś.
Nie Jasiu, mecz jest pojutrze. W Szwajcarii – przypominam sobie. Matka kibica zwarta i gotowa, zawsze z naszymi.
O to dobrze – Jaś jest wyraźnie zadowolony – jutro mam inne plany.
Nie zdążę zapytać jednak Jasia o jego plany na jutrzejszy wieczór, bo Staś patrzy na mnie czujnie.
Co to jest plany? – pyta.
Zamiary, zamierzenia, pomysły – recytuję z czeluści lodówki.
Miałaś zamiary? – zaciekawił się Staś. Oj miałam, Stasinku, miałam i to jakie! Milczę jednak dyplomatycznie…
I gdzie są? – drąży dalej, niezrażony brakiem odpowiedzi.
Tu są – targam moich budrysów po kudłatych łepkach.
Tu są – cieszy się Staś, w zasadzie nie wiadomo do końca z czego.
Ronaldo też ma zamiary: zdobycia złotej piłki – podsumowuje zadowolony Jaś.
Wiem Jasinku. Ronaldo urodził się 5 lutego. Tak jak Neymar –  dodaję, jak gdyby nigdy nic.
A Messi? – pyta podejrzliwie Jaś, surowy egzaminator.
24 czerwca – odpowiada matka-omnibus, pozostawiając synów w niemym zachwycie.
A na pewno jednego ;).

Źródło: www.facebook.com/pages/I-Love-Reading-Books

niedziela, 30 listopada 2014

Libster Blog Award

A dziś znowu nietypowo, czyli kilka słów o mnie.
Jak się pewnie domyślacie, zostałam nominowana do Libster Blog Award przez: 

dziennik-mamy.blogspot.com. Dziękuję:).

Oto moje odpowiedzi:
1. Kolacja w domu czy w restauracji?
Przeważnie w domu (niestety)
2. Ulubiony pisarze i ulubiona książka jego autorstwa.
Tendencyjna jestem strasznie - Bułhakow „Mistrz i Małgorzata”
3. Godny polecenia film lub serial który ostatnio oglądałaś?
„Tajemnica Filomeny” – boski
4. Wakacje w hotelu czy pod namiotem?
Hotel, najlepiej pokój z balkonem :)
5. Czy masz zwierzę w domu, jak tak to jakie?
Nie mam, dzieci wypełniają każdy kąt :)
6. Ulubiony sposób spędzania czasu z rodziną?
Wycieczki, podróże
7. Co najbardziej lubisz w blogowaniu?
Pisanie, dzielenie się „sobą” z innymi, nadzieja, że ktoś znajdzie w tym wpisach coś dla siebie i o sobie :)
8. Co najbardziej lubisz robić, gdy masz chwilkę czasu tylko dla siebie
Pisze bloga :), czytam, działam społecznie

9. Obowiązek domowy, którego najbardziej nie lubisz?
Prasowania, brrrr….
10. Ulubione słodkości?
Czekolada w każdej postaci
11. Trzy cechy charakteru, które cenisz w innych najbardziej i które Cię denerwują.
Lubię: lojalność, szczerość, optymizm.
Nielubię: hipokryzji, zawiści, skąpstwa.

A to nominacja od: 9miesiecymamy.blogspot.com.
Już odpowiadam i dziękuję za pamięć:))).


1. Co podziwiasz w innych ludziach?
Odwagę cywilną chyba najbardziej.
2. Co lubisz w sobie?
Właśnie odwagę, wydaje mi się, że posiadam :).
3. Czy masz tematy tabu, których nie poruszysz na blogu? Jakie?
Sprawy głęboko osobiste.
4. Którą porę roku lubisz najbardziej? I dlaczego?
Lato, się wie:). Bo ciepło i dzień dłuuugi:)
5. Twój smak dzieciństwa to?
Kluski na parze - specjał mamy:)
6. Mała przyjemność, która Cię relaksuje to?
Kawka i książka
7. Twój ulubiony film 
Ostatnio " Tajemnica Filomeny" - polecam!
8. Ulubione danie na obiad 
Schab zawijany
9.Morze czy góry?
Morze :)
10.Czy jest jakaś rzecz, z którą nie potrafisz się rozstać? 
Inetrnet... 
11. Blogi, które czytasz i podziwiasz to?
 Wszystkie z listy blogów, które obserwuję

Uwaga, uwaga!!!!
Nominuję:

Mój zestaw pytań:
  1. Motto życiowe.
  2. życzenia do złotej rybki
  3. Podróż marzeń odbyłabym do…
  4. Osoba, która jest dla mnie wzorem to…
  5. Najważniejszy dzień w moim życiu to…
  6. Gdybym mogła coś zmienić w moim życiu byłoby to….
  7. Sposób na udany wieczór...
  8. Film wszechczasów
  9. Książka wszechczasów
  10. Piosenka wszechczasów
  11. Piszę blog, ponieważ…
 Miłej zabawy :))))))))!!!!!

czwartek, 27 listopada 2014

LIST

Dziś dzień jak nie co dzień, ponieważ zamiast barwnej, przydługiej opowieści będzie krótko i na temat. 
A to głównie z tego powodu, że Matka Wasza (nie w sensie fizycznym, oczywiście) pozostaje w stanie głębokiej zadumy i refleksji.
Powodem owej zadumy i refleksji jest list, jaki Jasina – na entuzjastyczny, dobrowolny całkowicie wniosek naiwnej matki zresztą - odmalował do Mikołaja.
Pozostając w odwiecznym rozdarciu "mieć czy być"  skłaniam się ku pierwszej z dwóch zaproponowanych przez dziecinę opcji, choć już sama nie wiem...
Na wszelki wypadek przejrzę chyba świąteczne oferty kredytowe o najkorzystniejszym oprocentowaniu…;)

Bo jednak radość dziecka ponad wszystko :)))))


 

poniedziałek, 24 listopada 2014

NOCNE TRÓJKĄTY MIŁOSNE

Dziś historie łóżkowe, i to nie byle jakie, bo w miłosnym trójkącie. 
A było tak…
Mamo , mamo – dobiega mych złaknionych ciszy uszu rozpaczliwe wołanie z pokoju Jasia.
Patrzę na zegarek – wybiła 12, godzina, kiedy każda szanująca się księżniczka zamienia się w Kopciuszka
i koniec balu panno lalu, bo tak się jakoś plecie na tym łez padole, że moje dzieci – jak jeden podwójny mąż - po 12 zaczynają się budzić z milionem problemów egzystencjalnych.
No nic nie poradzisz, można wręcz regulować zegarki. Jak mówi babcia Aniela (oby to były prorocze słowa) – kiedyś z tego wyrosną.
Mamo, mamo – jęczy Jaś (dobrze, że wyrósł już – zgodnie ze słowami babci Anieli – z etapu nocnego wydzierania się w wniebogłosy, ku uciesze sąsiadów, szczególnie tych miłych staruszków z dołu, którzy na głośniejszy tylko odgłos stóp dziecięcych pukają rozpaczliwe w kaloryfer, dając nam jakieś tajemnicze znaki).
Co Jasinku, co? – porzucam Himalaje prasowania i rzucam się na pomoc truchtem, wznosząc ręce ku górze. Ręce wznoszę, bo Jasinek od trzech dni śpi na łóżku piętrowym na górze właśnie i w okolicach sufitu będę go koić.
Mamo, mamo – zawodzi Jaś – połóż się ze mną.
No, że ja tego nie przewidziałam, kupując to nieszczęsne łóżko! No, nic, co zrobić, służba - nie drużba, wspinam się po pionowej drabince, w pewnym strachu jednak, układam się obok Jasia, wciąż w strachu, bo czy to łóżko wytrzyma ciężar matczyny plus ciężar jasiowy i nie runie w dół, wprost  w ramiona śpiącego tam od trzech dni Stasia?
Na wszelki wypadek sztywnieję na jednym boku, żeby zbędnym ruchem nie poluzować jakieś śrubki w konstrukcji łóżka i nie spowodować katastrofy w ruchu powietrznym i lądowym jednocześnie.
Jaś zasypia, ja wykonuję podniebny piruet przechodząc nad nim rozkrokiem, potem efektowny ześlizg po drabince i jesteśmy na dole. Dalej, dalej, do prasowania, bo nas 1 zastanie, a wyspać się trzeba również, chociaż te pięć godzin.
Wchodzę na paluszkach do dopiero co odzyskanego dużego pokoju (odzyskanego po przeniesieniu Stasiny do brata na łóżko piętrowe w partie dolne, bo przecież jak tu spać w trójkę z takim rosłym trzylatkiem, można sobie wszystkie części ciała połamać jednocześnie) i z przyzwyczajenia przyświecam sobie telefonem. No, moment, przecież Stasia tu już nie ma – biję się otwartą ręką w czoło! Zapalam więc śmiało światło (ostatni raz zapalaliśmy tu światło po zachodzie słońca 3 lata temu) i dalej, do żelazka.
Mamukiiiiiiiiiiiiiiiiii – po upływie niezbyt długiego jednak czasu stawia mnie na równe nogi - tym razem wrzask - z pokoju Jaśka. No i Stasia zresztą też. Niemal przypalając się żelazkiem gnam w te pędy, tym razem na dół, na szczęście.
Co Stasiuniu, co ci ? – dopytuję.
Piciu – zawodzi Staś.
Lecę więc po piciu, potykając się po drodze o stos zabawek do sprzątnięcia, do kuchni doskakuję na lewej nodze (prawa stopa boli mnie po bliskich spotkaniach z samochodzikiem dziecięcym mocno stiuningowanym), nalewam picie, zalewając nieco podłogę, doskakuję wdzięcznie do Stasia – baza zdobyta, dziecko napojone.
Mamuki, siusiu – mówi napojony i bezlitosny zarazem Staś.
Prowadzę nieprzytomnego Stasinę do kibelka, na którym zresztą przysypia, więc po dłuższej, nieruchomej chwili dochodzę do wniosku, że chyba po wszystkim i półśpiącego zanoszę z powrotem do łóżka.
Mamuki, połóz się ze Stasiom – mówi Staś. No co zrobić?
Kładę się na dole, ciesząc się w duchu, że to jednak na dole i staram się nie zasnąć w perspektywie prasowania i wytarcia zalanej podłogi. A, i zebrania zabawek jeszcze.
Po 10 minutach wstaję cichutko, szczęśliwa, że sen mnie nie znużył, oddalam się na paluszkach –
i masz ci los, coś mi się pokręciło z tego szczęścia odzyskania pokoju małżeńskiego i zamiast – po trzech latach przerwy – zapalić światło w dużym pokoju, naciskam przełącznik w pokoju chłopaków…
Budzą się jak na komendę, jakby tylko na to czekali.
Mamo!!!! – rozlegają się dramatyczne głosy z dołu i góry jednocześnie.
Cicho, cicho chłopcy – próbuję uspokajać. - Śpijcie, śpijcie sobie.
Mamo, połóż się ze mną! – żądają obaj, a ja już wiem, że nie zasną, dopóki nie spełnię ich karkołomnego żądania.
Krótka modlitwa o dar bilokacji nie przynosi skutku, prośby dzieci narastają (pojawia się element mlecznej kanapki – to u Stasia i siusiu – to u Jasia).
Po spełnieniu obu próśb (wiem, wiem, zęby stasiowe – ale co tam, trudno, umyjemy za 4 godziny), wyłączam żelazko, deskę z górą ubrań przeciągam do kuchni, rozmazując na podłodze plamę z napoju, tym razem kalecząc  lewą stopę o stuningowany samochodzik, i przenoszę najpierw Stasia, potem Jasia z jego świeżych wyżyn do pokoju dużego, gdzie odruchowo (no, no, jak to człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego) włączam światło, ku obopólnej, zgodnej, braterskie rozpaczy.
Zerkam na zegarek, jest 1.30.
Sąsiad stuka w kaloryfer, kładę chłopaków na łożu, które kiedyś może i było małżeńskie, ale to było dawno i nieprawda. Padam między nimi, międlona boleśnie za obrączkę przez Stasia. Równocześnie ogrzewam swoimi stopami małe stopy Jasia, po czym zasypiam w pozycji na „matkę-desperatkę w wydaniu nocnym”.
Tak oto historia zatoczyła koło, zatrzymując się bezlitośnie na naszym tapczanie.
Łóżko piętrowe, po powrocie z pracy, zajmie rano mąż.
Kto wie, może chociaż jego modlitwy o dar bilokacji zostaną wysłuchane i zrobi to w sposób dosłowny. Miłych snów, kochani ;).

Źródło: faceandlook

środa, 19 listopada 2014

POPROSI MIKOŁAJA

Tadam, mamy święta! Po czym wnoszę?
Po Stasinie.
Mamuki, chcem wrozke – mówi Staś, patrząc w moja stronę oczekująco.
A że matkę doświadczoną (znaczy mnie) niewiele rzeczy zdziwić potrafi, więc nie dziwię się w ogóle.
Wróżkę Stasiu? A jaką? – pytam jak gdyby wybór wróżek był równie oczywisty, jak  wybór koloru rajtek zakładanych rano.
Latajonocm – odpowiada szybciutko bystry Staś, który – widzę to już wyraźnie – w ostatnim czasie dokonał jakiś istotnych wyborów życiowych, nie informując mnie o tym w ogóle.
Poprosi Mikołaja – uspakaja mnie Staś (czyżby miał podgląd naszych kont bankowych, no może, może). Bo Mikołaj już zaistniał w naszym świecie i w ostatnim czasie prosi się go o muuuultum rzeczy, głownie zbędnych, jak to Mikołaja.
No nie, latająca wróżka… - główkuję szybko – desant lotniczy, nalot dywanowy, dywizjon 303 – pierwsze skojarzenia matki, pozbawionej rozeznania w tematach dziewczęcych z racji posiadanych synów. No niestety – nic nie pasuje do tej układanki.
A gdzie Mikołaj znajdzie taką wróżkę? – podpytuję Staśka.
W leklamie – mówi tonem znawcy mediów współczesnych.
Aaaaa, wszystko staje się jasne, jak drzewko bożonarodzeniowe.
Reklama.
Kiedy więc siadamy wieczorem przy rybce mini-mini z uwagą śledzę swoje dziecko mniejsze, zanurzone – jak się okazuje, po szyję  -  w marketingu dla najmłodszych.
A oto jest i wróżka. Ta latająca! Jest, jest i lata!
Stasina wyraźnie się ożywia:
Chcem wrozkem – powtarza radośnie, wpatrując się w plastikową panienkę.
Bo lata – precyzuje, uprzedzając pytanie  matczyne powiedzmy, że mocno naciąganym argumentem męskim.
I dalej popłynęło z prądem w niepokojące rejony:
Chcem to – oznajmia Staś, kiedy radosny pyzaty Mikołaj pojawił się po raz kolejny na ekranie, tym razem z nowym zestawem zabawek.
Chcem Barbi – bezbłędnie powtarza Staś. – I konika – dodaje trzeźwo, bo Barbie rzeczywiście pomykała rączo na rączym koniku wyposażonym w obłędnie długą grzywę, o którą pewnie zaraz się to biedne zwierze zabije. Albo przewróci w najlepszym razie
Poprosi Mikołaja – uspakaja mój zaniepokojony wzrok.
A Ken ? – dopytuję, bo Ken stał obok jak wół, i wpatrywał się w Barbie (a może w konia?) jak wół właśnie. W malowane wrota.
Kena nie – Staś stanowczo odrzuca kandydaturę  smagłego bruneta z szerokim uśmiechem.
Nie poprosi Mikołaja – uściśla.
O, tego nie – mówi mój mały konsument na widok zestawu broni białej dla najmłodszych.
Ale już zdecydowanie ożywia się przy głowie (tak, tak, samej głowie) lalki, Roszpunki chyba z gigantycznym włosiem do czesania. I całym zestawem spinek.
Chcem, chcem – podskakuje podekscytowany – chcem…. Eeee… chcem głowe. I włoski – moje dzielne dziecko z gracją wychodzi ze spotkania z bliżej niezidentyfikowanym obiektem praktyki fryzjerskiej.
Poprosi Mikoałaj – znów uspokaja mój niepokój o stan przedświątecznych finansów.
Z propozycji reklamomowo-mikołajowych nie zainteresował Stasia zaś zupełnie: zestaw żołnierzyków, zbiór małych gumowych potworków w koszach na śmieci, kolejka i samochodzik zdalnie sterowany, ani transformersy, ani starwars power coś-tam. O helikopter również Mikołaja nie poprosi.
Przy kolacji Staś powraca do urwanego wątku świątecznego.
Chcem wrózke poprosi Mikołaja – mówi na jednym wdechu.
Dlaczego wróżkę? – postanawiam jednak zgłębić temat upodobań mojego – było, nie było – syna.
Wróżka jest serdeczna– uzasadnia ładnie Staś. – I lata.
Helikopter też lata – podsuwam jednak inne rozwiązanie.
Ale buczy – słusznie kontrargumentuje Stasina.
Albo głowem – przypomina sobie.
I włosy – podsuwam?
I włosy – zgadza się Staś łaskawie – włosy są miłe.
I konika z włosami – coś tam jeszcze wyrwało się z zakamarków pamięci stasiowej.
Ale Stasinko, to takie zabawki dla dziewczynek trochę – próbuje naprostować ścieżki stasiowe w duchu wychowania tradycyjnego.
Nie robię jednak wrażenia na Stasiu.
Staś będzie dziewczynkom - informuje mnie spokojnie. - Poprosi Mikołaja.

I jak gdyby nigdy nic wraca do kolacji, pozostawiając matkę w niemym przerażeniu świątecznym ;).

W POSZUKIWANIU LATAJĄCEJ WRÓŻKI....

sobota, 15 listopada 2014

AUTORYTET NA SPALONYM

Czy ja już pisałam, że Jaś jest zapalonym piłkarzem?
Jeśli nie, to już prostuję: Jaś jest zapalonym piłkarzem.
Zapalonym, i to jeszcze jak!
Oczywiście zapalenie Jasia w temacie piłkarskim odbywa się kosztem jego nie-młodych-już rodziców.
Jakie to koszty, zapytasz? O, przeróżnej natury, że o kilku jego elementach tylko wspomnę: karty Ligi Mistrzów zbierane już 3. sezon (przypomnę, ze paczka kosztuje prawie 5 zeta, o zestawach specjalnych nie wspomnę), karty okazjonalne wystawiane na allegro (cudowna karta z Messim nabyta w całkowitym zaćmieniu umysłowym rodziców pod wpływem szczerych łez dziecięcych jasiowych za 40 zeta plus koszty przesyłki), szeroki wachlarz tekstylny: zestawy strojów piłkarskich typu „w poprzek przez świat” (Lewandowski, Neymar, Kaka, Honda), koszulki klubowe (Legia, Barca, PSG – co tam w tej szafie obok siebie nie wisi!), zestaw obuwia godny szanującej się szafiarki (korki, turfy, halówki) plus liczna galanteria (getry, rękawice piłkarskie, ochraniacze) oraz artykuły okolicznościowe, luźno związane z tematem (kubki, gazetki, plakaty, długopisy, zeszyty, bidony).
Istnieje również aspekt nie mniej kłopotliwy w postaci tzw. logistyki rodzicielskiej. Treningi (3 razy w tygodniu), sparingi – co sobota, czasem – o zgrozo – co sobota i niedziela, zebrania, konsultacje, oooooo!
A żeby nie było, sparingi to wyjazd na cały dzień, np. do Skierniewic, do Radomia, do Łomianek – a tam 5 godzinny turniej, żegnaj więc, żegnaj odpoczynku weekendowy, którego wyczekiwaliśmy jak kania dżdżu już od wczesnych poniedziałkowych godzin porannych.
No więc, co zrobić, co poradzić – pasja to pasja, dziecko to dziecko, nie ma co narzekać, tylko cieszyć się, bo dobrze, ze dziecko ma pasję.
I cieszymy się z mężem – naprawdę – cieszymy się, jesteśmy szczęśliwi, nawet w tych Skierniewicach i Łomiankach szczęście nas nie opuszcza.
Bo pasja to nie tylko wydatki (materialne, czasowe, energetyczne), ale i zyski nie małe, szczególnie w tych komputerowo-smartfonowych czasach. I duch się buduje w młodym człowieku, i kręgosłup moralny i…
No właśnie, kręgosłup moralny, przystańmy tu na chwilę w pogoni naszej opowieści.
Kręgosłup i budujące go autorytety.
Bo ad rem: o autorytecie chcę tu dziś opowiedzieć.
Dokładniej: o autorytecie piłkarskim Jasia, który spadł na nas dość niespodziewanie, a przez to całkiem mocno, wprowadzając w nasz świat pewien chaos i zakłopotanie.
A była to środa. Jasiek wpada jak torpeda po treningu. 
Mamo, mamo, na przyszłym treningu zagra z nami reprezentant Polski, prawdziwy reprezentant Polski, będzie nam pokazywał różne sztuczki, Ale fajnie, ale fajnie – podskakuje na jednej nodze, zupełnie jakby nie biegał przed godzina bez przerwy w te i nazad za piłką.
Ach, ta jasina radość bezcenna!
No i ten reprezentant, matko jedyna! U nas, reprezentant, kto, kto na Boga?
Kiedy Jasio ochłoną, wziął szybki prysznic (tak, tak, kochani, piłkarze, nawet małoletni, biorą tylko szybkie prysznice) i zasiadł rumiany jak pączek między nami, emocjonując  się dalej:
To będzie reprezentant. To znaczy były reprezentant. Teraz jest działaczem (kim, kim??? Czy w ustach mojego dziecka o to pojawił się podstawowy zwrot ze słownika pojęć piłkarskich? No ni chybił – tak!).
Nazywa się Krzysztof Męczyński – relacjonował dalej Jasio.
Męczyński, Męczyński? Nie znam, pierwsze słyszę, Męczyński na pewno?
Może Citko, albo Żuławski? Takie nazwiska tłuczą się po maminej głowie jako przedstawiciele reprezentacji z lat poprzednich? A może nie…? W każdym razie żaden Męczyński w zakamarkach zawodnej maminej pamięci nie kołacze 
się absolutnie. 
Tłucze, nie tłucze, faktem stało się jednak, że pan Męczyński zadomowił się na tyle mocno w świadomości  jasinej, że towarzyszył nam cały wieczór, zjadł z nami kolację, ba, w radosnym trójkącie odrobiliśmy nawet lekcje z polskiego i matematyki. 
Nie, nie, nie to że mi to przeszkadzało. Absolutnie, a nawet wręcz przeciwnie. Autorytet sportowy na miarę reprezentanta Polski był jak najbardziej pożądany dla rozwoju młodego chłopca z powodów oczywistych, więc pewnie, jak najbardziej, zapraszamy, wszystkie ręce na pokład!
Ale że mama jest osobą dociekliwą, by nie powiedzieć po prostu – ciekawską, zanurzyła się w nieprzebrane fale domowego wi-fi, płynąc wdzięczną żabką na spotkanie z tajemniczym jednak co nieco panem Męczyńskim. No i doszło do spotkania, niestety, oko w oko, czy raczej oko-tekst.
I co moje drogie matki, co ja w tych falach nieprzebranych znalazłam? Otóż znalazłam prawdziwą twarz pana Męczyńskiego, oooo, daleką od tej hagiografii spisanej w naszej wyobraźni (z wydatną pomocą Jasia) pismem równym i pewnym.
Twarz pana Męczyńskiego okazała się twarzą po przejściach i to po jakich!
Zacznijmy od korekty.
Pan Męczyński to wdzięczna forma jasina niejakiego Krzysztofa Merczyńskiego.
Pan Krzysztof Merczyński, jednodniowy heros wyobraźni jasinej, potencjalny kandydat na wzór wychowawczy, sportowy i wszelaki inny.
I rzeczywiście, tu Jaś się nie pomylił, spotkał pana Krzysztofa w życiu epizodyczny co prawda moment reprezentowania Polski w piłkarskiej drużynie narodowej (może zresztą na ławce rezerwowych?), ale jednak fakt to fakt. 
No bo niby tak, niby wszystko się zgadza, niby wychowanek KS Drevex, w którym spędził większość piłkarskiej kariery.
Wszystko ładnie-pięknie, w Ilidze 
zadebiutował jako zawodnik Siarki Zagłębie, w której spędził rundę wiosenną sezonu 2000-2002. A nawet – o proszę - wywalczył z nią awans do ekstraklasy i dotarł do finału Pucharu Polski.
W 2004 został nawet zawodnikiem holenderskiego SV Bund
, w którym występował zdobywając w tym czasie nie byle co, bo Puchar Holandii!
No matko, matko jedyna – no jaki zbieg okoliczności, że los nam taki skarb podsuwa na tacy, na talerzu i w ogóle wpycha w ramiona, tylko brać.
Wróćmy jednak do lektury, której Jaś się dopomina: po powrocie do Polski ponownie reprezentował barwy…
I już miałam porzucić tę pasjonującą lekturę, uspokojona i  zaspokojona w ciekawości macierzyńskiej. A tu masz, talerz okazała się dziurawy, miska bez dna, a taca deską do trumny. Bo oto dwa ostatnie zdania, na które matka niepotrzebnie wzrok dociekliwy spuściła, brzmiały jak następuje -  trzymamy się foteli, klawiatury, myszki i bezprzewodowego Wi-Fi -  w październiku 2010 roku został oskarżony o ustawienie meczu RKS Koszalin!
A w grudniu 2012 został – no, nie, nie wierzę - zdyskwalifikowany za korupcję przez Komisję Dyscyplinarną PZPN!!!!
Tu zapada kłopotliwe milczenie.
No nie, nie, nie, to nie może się tak skończyć. Wobec takich kosztów przeróżnej natury, wyrzeczeń weekendowych w Siedlcach, wydawaniu ostatniego wdowiego grosza na paczkę kart Ligi Mistrzów i wycieraniu łez dziecięcych po kolejnej przegranej reprezentacji Polski pan Męczyński taki numer nam wycina????
Oczywiście nie doczytałam Jasiowi dwóch ostatnich zdań (i oczywiście nie z powodów wymienionych powyżej), pozostawiając go w bezpiecznej krainie Męczyńskiego Krzysztofa, króla wślizgu i fantastycznego driblingu (czymkolwiek by to nie było). Facet – było, nie było – nie istnieje.
Swawolna fantazja matczyna spakowała mu walizki i wysłała na kontrakt do
Tureckiej Republiki Cypru Północnego, gdzie przebywać ma dożywotnio, jako sprawdzony i uznany napastnik (???), a  gdzie piłka nożna od ponad pół wieku nieprzerwanie tkwi w głębokim kryzysie (wiem z Internetu).
Cóż, właściwy człowiek na właściwym miejscu ;).

P.S. Nazwy klubów, pozycji zajmowanych na boisku, czy trików piłkarskich są przypadkowe i pochodzą wyłącznie z wyobraźni matczynej, która ni w ząb nie jest ich w stanie spamiętać, co więcej, w ogóle się nawet nie stara.
A tymczasem rozgromiliśmy Gruzję 4:0 i tego się trzymajmy
:).