środa, 26 sierpnia 2015

JESTEM SOBIE PRZEDSZKOLACZEK, CZYLI MATKA W OPAŁACH

Pani karmi dziecko… - głos pewnie w założeniu miał być miły, ale wyszło jak zwykle.
Coś między naganą, zdziwieniem bezgranicznym i nakryciem Matki na gorącym uczynku, kiedy właśnie zakopywała zwłoki w ogródku. I jak tu wmówić platynowo-blond pani Marioli, że to nie zwłoki, a kwiatki, tylko odmiana taka duża i z nogami….?
Bo jak by nie patrzeć, blond włosa Roszpunka-Mariola trafiła w sedno i odkryła tajemnicę skrywaną głęboko przez naszą rodzinę od lat 3 (prawie) skrzętnie i konsekwentnie: otóż rzeczywiście, Matka karmi dziecko.
Ba! Żeby to Matka tylko… Ale i Tata, i Babcie obie, i Dziadek, czasem nawet wujostwo, koleżeństwo a nawet jakieś nieznajomy gdzieś się po drodze przypałętał….
Trudno zaprzeczać, Matka prawdomówna i płocha jak lilia na wietrze spłonęła na tę okoliczność przyłapania nawet rumieńcem niczem pensjonarka, mimo swej …estki na karku.
Proszę się przyznać – zachęcała pani Mariola, potrząsając blond lokiem w te miłe wrześniowe przedpołudnie.
Ta niechęć do samodzielności musi mieć gdzieś swe źródło – zamyśliła się głęboko, nawijając pukiel na palec ufajdany flamastrem (palec, nie pukiel).
Postanowiła Matka nie przedłużać i nie wprowadzać zbędnego napięcia, ucinając je wpół.
Rzeczywiście – wybełkotała spłoszona.
Dokarmiam syna, ale on ma jeszcze problemy z koordynacją, to znaczy tak mi się wydaje… Może dla własnej wygody łatwiej mi podać mu zupę, ale ćwiczymy, naprawdę ćwiczymy, jemy razem, to znaczy razem trzymamy łyżkę, albo widelec, zachęcam go. Tylko on płacze, nie potrafi, i mi go po prostu żal… - złożyła Matka obfitą samokrytykę, tudzież wytłumaczyła się solennie z wyznawanych zasadach życiowych wobec niespełna trzyletnich dzieci, kochanych może rzeczywiście bezkrytycznie i za mocno, no ale co zrobić, Matka tak ma, feler jakiś wychowawczy.
A właśnie – pani Mariola w geście tryumfu podnosi palec wskazujący ku górze.
Wiedziałam! – tryumf, fanfary, triumfalny wjazd do Rzymu, pani Mariola na rydwanie ciągniętym przez Matkę wjeżdża pod łukiem tryumfalnym wzniesionym na jej cześć.
To błąd – poucza.
Skończyłam studia podyplomowe z terapii zajęciowej. Może mi pani wierzyć.
Wierzę, na Boga, wierzę!
Denerwuje się bajeczce, ktorą włączamy dla całej grupy, że telewizor gra za głośno, że się boi. A to jest bajka dla trzylatków, przyjazna, dostosowana do wieku… Staś odmawia też samodzielnego jedzenia. Odmawia. Czasem dziubnie coś łyżką…. Ale jak on tą łyżkę trzyma! Jakby nigdy nie trzymał wcześniej… A chleb jak trzyma! Jakoś tak… - tu próbowała zademonstrować, ale nie umiała, machnęła więc ręką.
W każdym razie dziwnie – ciągnęła.
Może to rzeczywiście nasza wina – przezornie wciąga Matka w całą niewesołą sytuację Tatę, wiadomo, co dwie pupy do bicia to nie jedna – ale on jest jeszcze taki mało samodzielny, może dlatego że jest z końca roku? Wydaję mi się, że potrzebuje więcej czasu… Ale wdrażamy go, nie na siłę, idziemy raczej za nim, za jego tempem….
Błąd – płowowłosa pani Mariola przerywa Matce w pół słowa jej pokrętnych tłumaczeń.
Dziecko musi być samodzielne. Bo widzi pani – taka sytuacja: nie umie umyć rąk, ba, on nawet nie słucha, kiedy karzę mu to zrobić. Nie idzie do ubikacji. Nie umie – nie umie zdjąć sobie spodenek, podciągnąć. Wstrzymuje i kilka razy popuścił. Może jeszcze załatwia się na nocniku?
Nie, nie, nic z tych rzeczy – zaprzeczyła Matka z gorliwością neofity, tak gorąco i żarliwie, że nieomal się poparzyła, a pani Mariola z miejsca pewnie domyśliła się, że i tak bywa, niestety.
No tak… - wysapała.
Jasne… Musi się usamodzielnić. Musi. Nie umie sam zakładać butów, nie zdejmuje kurtki, nie mówię już o zakładania i zasuwania suwaka. Musi pani o to zadbać. To jest miłe, fajne dziecko, bardzo inteligentne. On te inteligencje trochę wykorzystuje, żeby postawić na swoim. Musi pani z tym walczyć – trzęsła pani Mariola blond czupryną przed okiem przerażonej Matki, która pojęcia nawet nie miała, że tak oto – nieświadomie, słowo daje – krzywdziła swoje dziecko, lat 2 i 10 miesięcy.
Złożyła też Matka solenną obietnicę przed złotowłosym ciałem opiekuńczo-wychowawczym, że nie tylko dopilnuje, aby Stasina sam się ubierał, jadł i mył w całości, puchatego łebka nie wyłączając, ale wdroży go też, aby w krótkich przerwach między obiadkiem a oglądaniem przymusowej bajki w telewizorze potrafił wykonać sobie własnoręcznie trwałą ondulację, manicure i pedicure. Oraz obowiązkowo masaż tajski.
Ku chwale ojczyzny ;).



środa, 19 sierpnia 2015

GOŚĆ W DOM CZYLI KTO PIERWSZY, TEN LEPSZY.

Jasia odwiedził Krzyś, jego serdeczny przyjaciel.
Jaś pęka z dumy i ledwo się na 50 m mieści (niecałych!).
Wyjdź – rekomenduje Stasinię wcześniej – muszę posprzątać.
Stasina nie reaguje, ale trudno się dziwić, ponieważ zbitka wyrazów „Jaś sprząta” w słowniku domowym pojawia się bardzo rzadko. Żeby nie powiedzieć – w ogóle.
Będę sprzątał – niecierpliwi się Senior – zaraz przyjdzie do mnie Krzyś.
A to już Junior z kolei zrozumiał i z miejsca się ożywia.
Staś – dusza towarzystwa, gotowy umościć sobie wygodne gniazdko w okolicach drzwi wejściowych, najlepiej na wycieraczce, z chlebem i solą na podorędziu w oczekiwaniu na tabuny mających go odwiedzić gości.
Ba, gotowy nawet przypadkowych przechodniów spraszać, jeśli ci tylko zaskarbią sobie jego przychylność i uwagę, a to – uwierzcie na słowo – niezbyt trudne zadanie.
Staś tak ma, Jaś też ma, choć w zdecydowanie mniejszym natężeniu.
 Tak więc Staś ożywia się mocno na wici o krzysiowym przyjściu i zapobiegliwie ustawia się w okolicach drzwi wejściowych, zajmując strategicznie ważne pozycje.
Jaś uprząta szybko kolekcję skarpet i majtek dziecięcych, girlandą kolorów przyozdabiających łóżko, rzuca je w czeluść pierwszej z brzegu szuflady (wiadomo, matka poprawi), oznajmiając z dumą:
Zrobione!
Następnie zastyga w oczekiwaniu na Krzysia na pozycjach mniej strategicznych, bo w okolicach własnego łóżka. Czekamy całe 10 minut. Po czym radosny dźwięk domofonu niczym gwiazda betlejemska oznajmia światu nadejście przynajmniej 1 króla wyposażonego w liczne dary, w postaci żelków i paczki chipsów z Biedronki.
Jaś już wszystko wyliczył i obliczył jak trzeba, wszystko przygotował, rozpisał w słupkach i wykresach, a także zgromadził cały zestaw niezbędnych rekwizytów.
Chodź – ciągnie radośnie Krzysia za rękaw.
Najpierw pokaże ci karty (tak, tak, te nieszczęsne karty z piłkarzami, przez które nasz domowy budżet nigdy się nie domknie), a potem pogramy w Fifę, a później wyjdziemy na dwór – ekscytuje się towarzyski chłopczyna, gotowy zaraz przykleić do ściany grafik z minutowym planem wizyty gościa.
Gość się jednak nie opiera, bo zaprawiony jest już w bojach bycia Gościem jasiowym i po raz niewiadomo już który wchodzi do tej samej rzeki, choć podobno to poważny błąd.
Zalaz, zalaz, momencik – na drodze do szczęścia jasiowego wyrasta niespodziewanie Stasina, sprytnie wkraczając między obu panów, a to za sprawą zapobiegliwie obranej wcześniej pozycji strategicznej.
Najpierw zbudujemy toly – wcina się bezceremonialnie w rozmowę starszyzny, anektuje bez jednego wystrzału Krzysia i – nim ten zdąży wypowiedzieć słowo – zaciąga go w okolice pudła z torami kolejowymi.
Krzyś, wychodząc ze zgubnego dla niego założenia, że młodszym się nie odmawia (?), że jest gościem (fakt) i bycie miłym, nawet wbrew sobie, oznacza tyle co bycie kulturalnym i jest to - jakąś tam - miarą człowieczeństwa, bez słowa sprzeciwu ustawia ze Stasiem kręty, wyjątkowo długi i skomplikowany tor (Stasina wyciska takie okazje jak cytryny – do ostatniej kropelki, Ba, czasem nawet wcina skórkę).
Po 15 minutach Krzyś, odrobiwszy pańszczyznę przy torach, chce udać się dyskretnie w kierunku pokoju jasiowego. Ale Junior czuwa.
W chowanego, Krzysiu, telaz w chowanego. Proszem – uczepił się kończy górnej nieszczęsnego gościa i dramatycznie machał wachlarzem rzęs. Oczywiście ze skutkiem.
Nolens, volens, kolejne 20 minut wypełniła radosna zabawa w chowanego. Krzyś chował się w bardzo wymyślne miejsca w płonnej nadziei, że go Stasina nie znajdzie i będzie mógł posiedzieć w spokoju bez uciążliwego narybku. Ale, gdzie tam! Dobre sobie! Stasina nie znajdzie… Nie w tym życiu, Kochani! Stasina znajdzie, jeśli nie od razu to za chwilę, może dłuższą, ale znajdzie….
To teraz pobawię się z Jasiem, dobrze? – a jednak, kiełkująca asertywność dała o sobie znać. I tak późno – w tym domu bez tej przydatnej cechy giniesz jak ciotka w Czechach.
Nie dobze – mówi Staś, który z asertywnością kłopotu nie ma żadnego.
Teraz poukładamy klocki – rozkazuje, konsekwentnie realizując przygotowany wcześniej -
 w głębokiej tajemnicy - niecny plan.
Klocki… - zatrważa się Krzyś, choć nie protestuje.
Mamo, to mój gość! – dopomina się wreszcie o swoje Jaś.
Nieplawda, to mój gość! – prostuje Staś, dając kolejny przykład na to, że prawda jest wartością względną, a punkt widzenia zależy, wiadomo od czego.
I tak oto odłożyła Matka ad acta marzenia o spokojnej kawie, wcielając się wdzięcznie w rolę gościa zastępczego, czego efektem było fantastyczne miasteczko zbudowane własnoręcznie przez rzeczoną z klocków, w którym oprócz kilku drapaczy chmur znajdował się bank, kościół i więzienie (Freud, Freud...?). 
Cudeńko prawdziwe i to w zaledwie 30 minut.
W tym czasie Junior, zupełnie niezainteresowany klockami, czatował pod drzwiami pokoju Jasia w nadziei, że Krzyś wreszcie będzie musiał niego wyjść – choćby na siusiu.
I wierzcie mi, dopiął swego... ;).


czwartek, 9 lipca 2015

DZIADEK WŁADYSŁAW CZYLI PRYWATNE UKŁADY ZE ŚWIĘTYM KRZYSZTOFEM.


              Dziś słowo o dziadku Władysławie.
Dziadek Władysław, charakter mocny, chów przedwojenny, uparty i nieprzejednany w swych poglądach, choć dusza-człowiek.
Dziadek Władysław zna świat, dawno ten świat uporządkował i powkładał do szufladek odpowiednich, z których świat nie odważy się wyjść.
Dziadek ma swoje poglądy, swoje przyzwyczajenia, swoje  ścieżki. I szczególnie te ścieżki dziadkowe doprowadzają nas do białej gorączki…
Otóż dziadek Władysław, król świata, a na pewno przyblokowego podwórka, mieszka przy dość ruchliwej ulicy, na szczęście przyozdobionej w pasy dla pieszych. Niestety pasy nie znajdują się dokładnie vis a vis drzwi dziadkowej klatki schodowej, trzeba przejść kilka kroków w bok; ktoś tak nieopatrznie zaprojektował – co zrobić.
Wszyscy więc chodzą na te pasy nieszczęsne, no ale dziadek Władek to nie wszyscy. Dziadek Władek jest już w tym momencie życia, w którym sam stanowi prawo, w tym prawo drogowe.
Dziadek codziennie rano, mniej więcej o tej samej porze, podąża dumnym krokiem przed siebie w znaczeniu dosłownym, przecinając trawnik wydeptaną własnonożnie ścieżką, przechodząc korytarzem między krzakami, również utworzony własnymi ramionami i podąża w stronę ulicy, bo po drugiej jej stronie jest kiosk z gazetami i totolotkiem, w którego to dziadek grywa namiętnie od lat kilkudziesięciu. Bez zbytniego szczęścia, niestety.
Ulica ruchliwa – podobnie jak reszta spraw przyziemnych – nie robi na dziadku Władysławie żadnego wrażenia. Dziadek wkracza na nią niczym król, nie robiąc sobie nic
z nadjeżdżających samochodów, autobusów i motocykli. Wszystkie pojazdy przystają niczym pokorni poddani, a dziadek bez mrugnięcia okiem przechodzi przez swoje włości, nie zatrzymując się nawet na krok. Dziadek Władysław tak ma.
Ileż to babcia się natłumaczyła, ile to dzieci się natłumaczyły, że ruch, że niebezpiecznie, że przepisy. Gdzie tam! Dziadek twardy jak skała i pewny jak emerytura z ZUS gna przez ulicę na oślep jak kamikadze. W końcu to jego ulica od lat stu nieomal.
Upominany raz po raz dziadek postanowił jednak uspokoić zaniepokojonych członków rodziny argumentem ostatecznym i mającym zamknąć im usta na zawsze.
Otóż na utyskiwania córki stwierdził ze spokojem godnym sapera, że nic mu się nie stanie na drodze, choćby ta zapełniła się pędzącymi tirami z Małyszem i Hołowczycem za kierownicą. Skąd ta pewność? A bo co dzień rano dziadek modli się. Do świętego Krzysztofa. I już sobie załatwił tam na górze co trzeba. I bać się nie ma o co.
Nie, drogi czytelniku, nie wiem czy do świętego Tadeusza dziadek też się modli.
Na pewno jednak my zaczniemy. Dla niewtajemniczonych – to podobno patron spraw beznadziejnych.
Pozdrawiam ciepło, dziś przede wszystkim kierowców ;).


Źródło: Pixmac.pl



czwartek, 2 lipca 2015

LICZENIE DLA NAJMŁODSZYCH

To niesprawiedliweeeee!!! – krzyczy Jaś w czeluść mieszkania niedużego, krzyk więc niesie się hen-hen, wentylacją, kanalizacją i ciągiem zsypu na śmieci od parteru po dach.
Co jest niesprawiedliwe? – pyta głupio Matka, bo wiadomo co i to w zasadzie od najmłodszych lat przecie – życie, życie, które na pewno nie jest nowelą, i którego na pewno czasami masz dosyć, wbrew temu, co wieść gminna niesie.
Życieeeee! – potwierdza Matce wszystkowiedzącej Jaś, potwierdzając jednocześnie wszystkim ulokowanym w naszej wieży Babel.
Wzdycha Matka – no więc, codzienna porcja rozterek egzystencjonalnych przed nami, pora porzucić bezpieczne regiony patelni i lodówki i podążyć  za  dzieckiem w świat wartości względnych i bezwzględnych, zanurzyć się w sofizmatach i wraz z Salomonem przelewać z pustego w próżne.
Odkłada więc Matka na wpół pokrojony kawałek mięsa wieprzowego i bieży ku rozpaczającej dziecinie.
Co się stało? – pyta rzeczowo miotającą się latorośl.
Latorośl, ochłonąwszy nieco, spojrzała na Matkę złym okiem:
Stasiek ma lepiej! – wypalił oskarżenie, które odebrało Matce wszelkie argumenty już na wstępie. Że o mowie nie wspomnę.
Z czym…? – dopytuje niepewnie Matka, choć wie już, że wchodzi na grząski teren, który grozi powolnym pogrążaniem się.
Bo dostaje więcej! Od was! – rozpacza nieszczęsna dziecina, precyzując jednak, że uwagi skierowane są jednak do rodzicieli, nie do życia jako-takiego, bo co ci tam życie wyrówna czy odpali na zawołanie. Nic! Każde dziecko wie…
Dostał książeczkę na koniec roku. I samochodzik. A ja nie dostanę nic…. Nicccc!!!! – rozpacza Jaś dalej.
Ale Jasiu, wszystkie dzieci dostały książeczkę na zakończenie roku w przedszkolu. A samochodzik na dzień dziecka – też wszystkie. Ty tez dostałeś prezent na dzień dziecka, a zakończenia roku szkolnego jeszcze nie było, pewnie też dostaniesz książkę…  - używa Matka racjonalizmu kartezjańskiego, nie wiadomo po co, bo od progu pachnie jej tu jednak Machiavellim, choć brzydko tak dziecko podejrzewać, wie Matka, wie.
Nie chcę książki! Chcę coś innego – przemilcza roztropnie dzień Dziecka Jaś, próbując jednak kształtować swoją przyszłość, zgodnie z matczynymi radami zresztą.
A co? – pyta Matka, choć nie wie, czy dobrze robi.
No właśnie – przytomniej Jaś dorastający w świecie bezwzględnego kapitalizmu i bezceremonialnie wyciąga pomiętą kartkę w kratkę. 
Mam kilka propozycji…  - wychlipał mały nieszczęśnik uciśniony przez życie. Wyprostował kartkę i przeszedł do sedna:
Jeśli książka Stasia kosztowała, no powiedzmy, 10 złotych, a ja jestem starszy i musze się uczyć i dostane nagrodę na koniec roku, załóżmy to tak powiedzmy… 30 złotych. No to tu wam wypisałem – podaje Matce zdębiałej kartkę, opatrzonej 6 krótkimi punktami, wśród których rzuca się w oczy przede wszystkim punkt numer 4 – karty ligi mistżów – więc Matka nie wie, czy z ta nagroda to nie prosty zabieg marketingowy Jasia, bez pokrycia.
Zapoznam się – mówi Matka oglądnie.
Zapoznaj – zgadza się jak nigdy Jaś.
I tatę i dziadków – doradza rodzinna dziecina.
Lalalala – radosne podśpiewywanie Jasia z głębin niedużego mieszkania oznacza jego czasowe pogodzenie się z życiem. Być może odnalezienie nawet jego sensu – czasowe oczywiście.  Bo przecież panta rhei, a pecunia non olet…;).

Ku pokrzepieniu serc....

czwartek, 18 czerwca 2015

ZLEWA


Stasiu, wrzuć to do zlewu – mówi Matka wygodna i mało kulturalna, wręczając swemu dziecku brudną łyżeczkę.
A że Staś pomaga chętnie - bo ma takie wspaniałe geny, nie powiem po kim, ale przecież wiadomo – bez szemrania chwyta łyżkę i dziarsko maszeruje w stronę szafek kuchennych, tracąc jednak swą pewność z każdym kolejnym krokiem.
Wreszcie staje zdezorientowany i pyta:
Mama, co to jest zlewa?
Zlewa? No tak, zlewa.
Zlew – rozjaśnia Matka ciemności  stasiowego umysłu.
Ta srebrna dziura przed tobą. Tam gdzie się nalewa wodę – tłumaczy Matka, nie wspinając się na szczególne wyżyny intelektualne. Jak to Matka.
Naleja? – logiczny nie-po-Matce Staś popada w chwilową, acz intensywną zadumę.
Leje i naleja wody? – przekłada z szybkością symultanicznego tłumacza języka suahili.
Olśniony swą – było, nie było – dedukcją i indykcją równocześnie, biegnie radosny w kierunku ubikacji.
Zlewa jest w toalecie! – wykrzykuje Staś, dopłynąwszy do Ameryki, która miała być Indiami, ale co tam – grunt, że woda płynie.
I nim Matka zdąży zebrać ciało z łóżka, nim zdąży cienki głos z siebie wydobyć, już ciska radosny Staś łyżkę w odmęty sedesu.
Zlobione –wypina chudą pierś ku orderom. I spuszcza wodę.
Nalejona woda w zlewie – informuje tonem kamerdynera, który zaserwował właśnie obiad wielmożnemu państwu i czemuż to państwo nie schodzą, wszak stygnie.
Lenistwo to grzech ciężki. Jak i zaniechanie. W ramach pokuty musiała Matka wygrzebać łyżeczkę z sedesu. A nalejona woda popchnęła ją – hen, hen – prawie do Bałtyku.
Staś nie spuszczał Matki z oka.
Grzebiesz? – pyta tonem pełnym współczucia.
Grzebię – przyznaje Matka zgodnie z prawdą, żeby jej jakaś dodatkowa kara za krzywoprzysięstwo znowu nie spotkała.
Wygrzebałaś? – pyta po chwili ciszy wypełnionej radosnym pluskiem wody.
Jeszcze nie – sapie Matka w spienionych odmętach.
A co wygrzebiesz? – drąży bezlitosny Malec, pastwiąc się nad Matką za wysługiwanie się nieletnim w pracach.
Mam nadzieję, że łyżeczkę – odpowiada Matka pobladła na ewentualność wygrzebania czegoś ponad łyżeczkę nieszczęsną.
Tylko? – ton rozczarowania wskazuje, że należałoby jednak wydobyć coś więcej.
A co byś chciał Stasiu? – dodaje sobie Matka animuszu próbą skierowania rozmowy na mniej drastyczne tory.
Teraz to siusiu. Ale nie zrobię siusiu do zlewa. Ani na łyżeczkę. Ani na mamę.
Zdopingowana tymi słowy Matka błyskawicznie dobywa łyżeczkę z czeluści odpływu i triumfalnie sadza dziecko na klozet.
Fajna ta zlewa – ekscytuje się Staś, wsłuchując się w szum wody i bulgotanie rur.
Fajna. A że Staś to raczej wierny długodystansowiec, niż przelotny motyl na kwiatku, poszczególni członkowie rodziny do dziś, raz po raz znajdują na dnie sedesu a to nóż, a to dwa widelce, raz nawet chochlę do zupy.
Wszystko należycie zalejone wodą:).



środa, 22 kwietnia 2015

MARUDZENIE WIECZORNE MOCNO EGOISTYCZNE

Dziś rażąco egoistycznie, niestety, czyli rzecz o Matce. A zaczniemy od początku, czyli od wschodu słońca. Ranek. Do pracy udaje się dziś Matka radośnie na godzinę 11, ma więc czas by zamiast wybiegać z obłędem w oczach i chaosem w głowie, nieco ten chaos ogarnąć, a przynajmniej bezpiecznie wyprawiać dzieci w świat. Chociaż tyle.
Wyprawia więc Stasia do przedszkola. Tu idzie w miarę szybko: Staś co prawda marudzi jak co rano, ale sprawna logistyka w postaci ręki mężowskiej bardzo całe działanie ułatwia.
Dobrze, że za Matką przeprawy przedszkolne z Jaśkiem, dobrze, że wiem, że najgorszy jest ten monet wyjścia z domu, oddania dziecka w ręce pani przedszkolanki. Że później dziecku naprawdę nie dzieje się krzywda, a z przedszkola wychodzi przynajmniej w miarę zadowolony. Matka już to wie. 
Ale nie wie tego kuzynka Monika, która ma córcię jedną-jedyną, piękną  3-latkę. I sama już myśl o tym, że mogłaby ona zniknąć na dłuższą chwilę z pola widzenia jej lub babci (moniczynej mamy) doprowadza Monikę do białej gorączki. Moniczyną wyobraźnię osacza stado kidnaperów, pedofili i tajfunów, czyhających za rogiem. 
Aż dziw nad dziwy doprawdy, że Maja  jest śmiałym, rezolutnym dzieckiem. Suma summarum, do przedszkola więc Majeczek nie został zapisany, zapisała się za to samozwańczo i chętnie babcia jako pomoc w opiece, bo przecież kocha dzieci i czasu wolnego ma sporo, o doświadczeniu nie wspominając. 
No właśnie, umordowana Monika obsługuje przez 24 godziny nie tylko Maję, ale i swoją mamę zaangażowaną w ten sposób w życie córki bez żadnych granic w zasadzie. Maja, czy raczej babcia, uwieszone  na Monice jak na ostatniej desce ratunku  rzadko dają jej odetchnąć, zająć się sobą… 
Podejrzewa Matka podejrzliwa nawet, że babcia zainstalowała po cichu monitoring w domu, bo kiedy tylko Monika ulegnie szatańskiej pokusie oddania się zgubnej przyjemności zrobienia sobie kawy i patrzenia bez sensu w siną dal, babcia dzwoni natychmiast informując, ze Majunia wyrosła już z żółtych rajstopek i żeby, broń Boże, Monika ich jutro dziecku nie zakładała, bo gotowa zdeformować mu stópki. Stópki, naprawdę! 
A koleżanka Hania, której mama potrafi zadzwonić o północy, szlochając w słuchawkę, że znów pokłóciła się z ojcem haninym, dodajmy, że nie z jego przyczyny i chyba się do Hani hanina mama wprowadzi, bo już nie daje rady, a Hania na nieszczęście ma spory dom  i jak tu matce odmówić? 
A co powiedzieć o koleżance Joli, która do tego stopnia uzależniła od siebie – nomen omen – swoją trzyletnią córkę, że kiedy tata odbiera ją z przedszkola, ta wpada w histerię (córka, nie Jola, oczywista)  i nie chce wyjść, zarzekając się na wszystkie znane jej świętości, że pójdzie tylko z mamą (za pierwszym razem  panie przedszkolanki chciały ojca nawet wylegitymować, podejrzewając, że obcy facet chce uprowadzić dziecko, ale ostatecznie okazało się że to jednak ojciec)? A uwierzcie Matce na słowo, że ojciec w życie rodziny angażuje się z chęcią szczerą i radością nie mniejszą. 
Ale zostawmy umęczoną Monikę, pełną poczucia winy i niewyspania Hanię i zaborczą Jolantę. Wróćmy do Matki. Jęczący nieco Staś jest w drodze do przedszkola, teraz na ruszt bierzemy Jasia, który do szkoły idzie dziś na godzinę 9. 
Starszy syn matczyny stał się ostatnio przewrażliwiony na punkcie własnego zdrowia i mocno wsłuchuje się w głos własnego organizmu. Nie inaczej było i dziś. 
Mamo, boli mnie brzuch – oznajmia głosem tryumfu znad  płatków z mlekiem.
Boli cię brzuch? – upewnia się Matka na wszelki wypadek.
I kolano – podkręca śrubę Jaś.
To brzuch czy kolano? – podchodzi go sprytnie Matka. Janek pogrąża się w zadumie.
Raczej kolano – konstatuje po długiej chwili wahania. 
Kolano zostaje opatrzone – na wszelki wypadek, ale kawałek plastra  koi Jasia tylko na chwilę. Wypomina ci teraz, że miała Matka mu kupić – załóżmy – nowe korki.
Kupię Jasiu, kupię, ale nie dziś – mówi rodzicielka, gdyż dziś, czyli w połowie miesiąca, stać ją jedynie na kostkę masła, co znają pewnie rodziny dzietne z autopsji bardzo dobrze. 
A kiedy mi kupisz? – drąży Jaś. 
Mikołaj ci przyniesie – stosuje Matka chwyt z zakresu spychologii stosowanej. 
O kochany Mikołaju, jak dobrze, że istniejesz,  że podpiąć pod ciebie można wiele spraw do załatwienia na teraz i na dziś, a ty odwieziesz je swoimi saniami het, het, do Laponii i powrócisz dopiero za rok. Zabierając przy okazji marzenia matczyne o pięknej sukience, widzianej w sklepie, ale co tam, szczęście dziecka przede wszystkim. 
Mikołaj nie istnieje – cedzi złowieszczo Jaś, co oznacza, ze nie zrezygnowała jeszcze z walki o skupienie całej energii matczynej na sobie aż do momentu wyjścia do szkoły. I nie zrezygnował rzeczywiście, instynkt macierzyński i tym razem mnie nie zawiódł.
Tak więc, zmuszona została Matka przedstawić Jasiowi życiorys Mikołaja i obiecać, że w dniach najbliższych dostarczy akt urodzenia tegoż poświadczony notarialnie i takież zobowiązanie do zakupu  przez  niego wyżej wymienionego obuwia.
Wycieńczona emocjonalnie, po średnio przespanej nocy, wyprawia Matka wreszcie  Jaśka do szkoły, błogosławiąc na drogę cmoknięciem  matczynym w czółko.
8.45, 8.45, zdążę zrobić sobie herbatę i pogapić się bezmyślnie w okno, zanim przyjdzie babcia, która dziś musi odebrać Stasia wcześniej, gdyż Staś ma dentystę z urywającym się z pracy tatą, a że to pierwsza z cyklu wizyt, musi więc Matka koniecznie sprawdzić, czy jej wiosenne, zeszłoroczne buty, które przed rokiem miały ten sam  status, jeszcze nadają się do użytku. A nadają się na pewno, nie ma wybacz!
Babcia ma przyjść o 10, zdąży więc Matka nawet poleżeć sobie chwilę bezczelnie. I tak robi, słuchajcie, i tak robi! Rozciąga się na łóżku i nieruchomieje w bezkresnej ciszy. Chwilo trwaaaaaj… 
Pukanie do drzwi wyrywa ją bezlitośnie z kilkusekundowego letargu. Nerwowo zerka  na zegarek: 8.50. Listonosz, domokrążca, sąsiad po szklankę cukru…? Truchta pełna niepokoju do drzwi. W progu - babcia. 
Jestem wcześnie, bo już nie mogę w tym domu wytrzymać – sapie babcia Krysia radośnie. Cisza, łóżko, herbata i gapienie się w okno rozpływają się  jak fatamorgana. Babcia jest wcześniej, w dłoniach dzierży wielki wór trosk i smutków życia z dziadkiem i tylko patrzy, jakby to wszystko z tego wora na Matkę wyrzucić. I wyrzuca - pozwólcie, że oszczędzę Wam jednak szczegółów co do jego zawartości.
10.30. Czas do pracy, po drodze robi Matka radycyjne zakupy, obarczona niczym osioł dociera, tam gdzie dotrzeć miałam. 
Na miejscu stara się skupić na miarę matczynych możliwości, ale zaraz dzwoni babcia Aniela, czy aby Jasio nie chory, bo wczoraj taki był blady i że dostaje chyba za dużo słodyczy, bo taki blady jest wnuczek cioci Heni właśnie po słodyczach. Do końca pracy odbiera jeszcze 6 połączeń: 3 telefony od babć  w sprawach dziecięco-kulinarno-dziadkowych  i 3 od Jasia, który wrócił ze szkoły i się nudzi.
Co autor ma na myśli, zapytasz, że użala się nad sobą bez sensu  i powodu specjalnego?  Czy to źle, że babcie angażują się w życie dzieci, że pomagają, a na starość pewnie do wiedzenia, babcia zrobiła swoje i może odejść? Czy nie rozumiem, że dzieci to dzieci i mają swoje prawa, a rzeczywistość matki nie bardzo są w stanie pojąć? Otóż z grubsza chodzi autorowi o to, że POTRZEBUJE MATKA TYCH 60 MINUT TYLKO DLA SIEBIE, tylko na tyle ją stać w tej chwili i prosi, nie zabierajcie jej ich,  a jeżeli nie posłuchacie próśb jej szczerych, to może dojść do rękoczynów. Bo to wszystko, co ma w tej chwili sobie do zaoferowania.
Tak łatwo rezygnujemy z siebie. Tak łatwo dajemy zapędzić się w kocioł codzienności, dopychani rodzinną chochlą poczucia winy. Nie ma przebacz, nie ma granic, bo ich wyznaczanie odbierane jest w kategoriach: zła matka i gorzej, córka niewdzięczna. 
En bref: walczmy o odrobinę siebie, bądźmy w tej kwestii egoistyczne. Nie rezygnujmy z herbaty, z gapienia się w okno, z oddania dzieci do przedszkola w imię przyjemności innych osób. Nie możemy, nie warto, nie wolno nam oddać wszystkiego tym, których tak kochamy! Niech miłość rodzicielska będzie stabilna, bezwarunkowa, ale niech też towarzyszy jej iluzoryczna choćby nawet - wolność? Takie to moje marudzenie wieczorno-wiosenne…  
A tymczasem pozdrawiam i kończę, bo dzwoni babcia ;).
  
www.forum.mamazone.pl

wtorek, 7 kwietnia 2015

NA WOJENNEJ ŚCIEŻCE, CZYLI JAK DOBRZE MIEĆ SĄSIADA.

Pukanie drzwi zawsze stawia chłopców na równe nogi. Rozpala wyobraźnię i zapowiada nowe, jakie by ono nie było. Tym bardziej takie pukanie, czy raczej łomot.
Łup, łup – zakołatało, wcale nie nieśmiało, nowe do drzwi.
Łup, łup – nieco głośniej.
Kto to? – zapytał zaciekawiony Staś, bo chociaż nowe zagląda do nas i to wcale nie rzadko, to z zasady pukało ciszej i mniej natarczywie.
Otworzysz? – dopytuje konspiracyjnym szeptem Jaś, nauczony już doświadczenie życiowym, że w pewnych sytuacjach lepiej nie otwierać.
Ale co to dla Matki takie „łup, łup”, Matka, świata ciekawa i nowych ludzi, owszem otworzy, tym bardziej, że przez tzw. wizjer wypatrzyła zniekształconą może co nieco, ale znajomą postać sąsiada zamieszkującego poniżej. Słowem: sami swoi.
Otworzyła Matka z miłym wyrazem twarzy, ba - zalążkami uśmiechu nawet na obliczu. Za jej plecami – niczym pisklęta spod skrzydeł – zakłębiły się zaciekawione dzieci w liczbie sztuk 2, obie płci męskiej.
Oni! – krzyknął zamiast  „dzień dobry” sąsiad, wskazując palcem wskazującym w czeluść uchylonych drzwi. Kurczęta płci męskiej, sztuk 2 podskoczyły nerwowo, chowając się przezornie za plecy matczyne.
Oni? – zastygła Matka z pytaniem na ustach.
Oni! Tupią i krzyczą! A mnie boli serce! – krzyczał sąsiad u progu.
Krzyczycie i tupiecie? – zapytała odruchowo Matka dzieci swe z naganą w głosie.
Nieeeee – odpowiedzieli chórem chłopcy, głosem drążącym i nieco niepewnym.

No słyszy pan, to nie oni – chciała Matka szybko sprawę wyjaśnić  i drzwi zamykać, ale sąsiad nie z tych, co to się łatwo i byle argumentem dadzą  wyprosić.
Moment! Jak nie oni! – wbił oskarżycielski palec i wzrok w plecy Matki, dziurawiąc je niemal na wylot.
I popłynął:
 Jak nie oni! A kto?!!! Święty turecki?!!!  Krzyczą, biegają, walą w sufit!!! Co oni mają na nogach, trepy???!!! Już mi ściany popękały od tego walenia!!!  Telewizja wyje, nawet okna nie mogę otworzyć, bo wszystko słychać!!! Pralka hałasuje co drugi dzień! Przecież to wszystko niesie w pionie! Kto tyle pierze?!!! I tak przez cały boży dzień, cały boży dzień – od rana do nocy! A mnie głowa boli, serce boli! Kto za te ściany zapłaci? Za ten hałas? Wodę spuszczają hektolitrami! Już mi nie raz ubikacje zalali! Kto za to zapłaci, pytam????!!! I te płacze w nocy! Te kroki, w nocy to dopiero słychać! – sąsiad z każdym wykrzyczanym słowem unosił się coraz bardziej, zmieniał kolory niczym sygnalizacja świetlna, wspierał się przy tym mocną gestyulacją - to wznosząc ręce do góry, to grożąc palcem, to łapiąc się pod boki i sapiąc groźnie.
Chłopcy szybko zrozumieli, że wszystkie te zarzuty karalne jednak ich się tyczą i spłoszeni skryli się w pokoju.
Momencik, proszę pana… - próbowała Matka wbicie swoje trzy grosze w słowotok nagromadzonych od niewiadomo jak długiego czasu żali sąsiedzkich. Bez skutku jednak.
Momencik?!!! Momencik?!!! – pieklił się dzielny staruszek coraz mocniej.
Żaden momencik! Niech pani przyjdzie do mnie, zamienimy się, zobaczy pani, w jakim żyje stresie!!!
Matka na takie dictum wyraźnie się ożywiła, ba, ucieszyła nawet, chętna na zamianę nawet w tej chwili. Byle bez dzieci, oczywiście. Propozycja sąsiada nie była chyba jednak poważna,  bo zamiast zainicjować radosny proces przeprowadzki, fuknął w głąb matczynego mieszkania:
Sodoma i gomora! Ja tego tak nie zostawię!
Po czym oddalił się pospiesznie na piętro 7, sapiąc i wymownie trzymając się za serce.
No i co tu dużo mówić – jak powiedział, tak zrobił.
Na każde głośniejsze stąpnięcie stóp dziecięcych – łup, łup w kaloryfer.
Na każdy płacz i wybuch radości chłopięcej – pac, pac, w rury kuchenne.
Chłopcy nabawili się nerwicy, słowo daję. Nie dość, że zaczęli chodzić na paluszkach, dodatkowo jeszcze dobrowolnie zzuli obuwie domowe w postaci kapci z gumową podeszwą, która wydawała radosny odgłos plasknięcia, a na który  to sąsiad ochoczo uderzał w kaloryfer, a chłopcy z krzykiem przerażenia chowali się za zasłony, kotary, czy inne sprzęta domowe z okrzykiem przerażenia:
 Sąsiaaaad!        
No nie daj Bóg, niech no tylko ktoś niezapowiedziany zastukał do drzwi, od listonosza po nieświadomych członków rodziny – reakcja była podobna.
Słowem – psychoza zamieszkała w naszych skromnych progach, psychoza, której na imię: sąsiad.
Do tego doszedł element dręczenia psychicznego: żona sąsiada przestała odpowiadać na nasze powitania, a dorosłe potomstwo tegoż pogardliwie odwracało się do nas plecami podczas niespodziewanych spotkań w windzie….
Po gestach czysto symbolicznych i tzw. wojnie podjazdowej przyszedł również czas konfrontację bezpośrednią. I tak pewnego miłego dnia rozległo się miłe pukanie do drzwi, a nieświadoma zbliżającego się nieszczęścia Matka otworzyła podwoje. Dzieci profilaktycznie schowały się za zasłony. Mądre dzieci, mądrzejsze od Matki.
W progu stała sąsiadka, żona sąsiada:
 Państwo hałasują. Notorycznie. Tak nie może być. Mąż źle się czuje, to go denerwuje.
Za plecami Matka usłyszała szmer za zasłoną i nerwowe:
 Cicho, cicho, to sąsiad przyszedł…
Państwa dzieci są niewychowane… - ciągnęła niezłomna kobieta o włosie siwym i pomarszczonej twarzy.
Bez słowa nałożyła Matka kamizelkę kuloodproną. Bez słowa wzuła na głowę hełm i  pomalowała twarz w barwy wojenne. Bez słowa chwyciła Matka to, co miała pod ręką, w tym przypadku obuwie dziecięce na grubej gumie. Bez słowa również wycelowała w sąsiadkę. Ta zaniemówiła w pół słowa.
Następnie użyła również Matka słów powszechnie uznanych za obraźliwe, by po krótkim czasie przejść do gróźb karalnych, serii obraźliwych epitetów oraz listy kategorycznych żądań.
W epilogu zamachnęła się nieszczęsna obuwiem dziecięcym na gumowej podeszwie, celowo chybiąc, gdyż Matka charakteryzuje się dobrym sercem. Jak to Matka.
Sąsiadka uciekła. Z krzykiem.
I cisza, Kochani, błoooooga cisza. Nawet rury milczą, o kaloryferze nie wspominając. I dzieci jakby spokojniejsze, i ciapcie na nogach.
Czasem nie ma wyjścia. Czasem trzeba rzucić butem. Szczególnie w czas wojny;).


źródło: filmykino.pl